Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

altBył to głodny rok, jedni przymusowo inny dobrowolnie wyjeżdżali za chlebem, gdzie się dało. Ludzie łobodę gotowali i zamarznięte ziemniaki wygrzebywali z ziemi i jedli. Do Niemiec wyjechaliśmy z bratem Frankiem za chlebem, którego nam brakował na przednówku. Była nas spora gromadka w domu. Nas zawieźli z inną grupą aż za Hamburg do wsi Hallride koła miasteczka Westerste do Bauera [z języka niemieckiego chłop],  sołtysa Hainera Shwarcemberga, a brata Franka wydelegowali do wioski niedaleko od mojej wsi. Tak, że Franek w niedzielę nieraz przyjeżdżał na rowerze do mnie w odwiedziny. A ja też czasem na rowerze do Franka wpadałem. Teren był równy, wrzosy, dom był nowy murowany z cegieł. Gospodarz miał 3 synków: Hanri, Helmut, Erich i jeszcze córeczka im się urodziła. Miał 10 hektarów pola, 4 krowy dojne i cielęta, były też 2 tęgie konie, owce i kurnik duży na 100 kur. [Obok fotografia Michała Trawnickiego z okresu pracy w Niemczech. Polacy po prawej stronie ubrania musieli nosić nalepkę z literą P widoczną na zdjęciu]

Była to wiosna 4 kwietnia 1942 akuratnie była Wielkanoc. Po świętach wywoziliśmy końmi ze stajni obornik na pole na dwa wozy. Bauer jednym naładowanym wozem wywoził gnój na pole, a ja za ten czas ładowałem drugi wóz. Bauer przyjechał odpinał konie od próżnego zapinał do pełnego, a ja znów ładowałem na wóz i szybko my ten obornik wywieźli. Na drugi dzień widłami roztrząsnęli. Jak zbliżała się 8 godzina to gospodyni wywieszała białą chustkę i my wracali na kolację.

Krowy pasły się na łące ogrodzonej słupami z drutem kolczastym. Łąka była podzielona na trzy działki, po pól hektara. Jak w jednej działce krowy wypasły trawę to my przeganiali na drugą działkę . Bauerka doiła krowy na pastwisku rano o godzinie 7 i wieczorem też o godzinie 7. I dawała 4 duże wiadra mleka do mleczarni. Rano je wóz konny z platformą zabierał i zwoził mleko do mleczarni do miasta Westerste. A kurom do kurnika ja rano zanosiłem wiadro owsa czarnego i zbierałem z półek z gniazd jajka. Bauer je czyścił i pieczętował i zawoził rowerem do miasta do punktu skupu.

Wyżywienie było bardzo dobre. Rano śniadanie o godzinie 8 - mleko parzone, chleb lub bułka z jajecznicą. Na drugie śniadanie jedliśmy w polu kanapki z chleba żytniego smarowanego masłem z mięsem i kawa inka z mlekiem o godzinie 10 równo, jak wskazywał zegar. Obiad punktualnie o godzinie 13 - tej obfity i 1 godzina spania. O 14 znów jedziemy w pole bierzemy kawę i kanapki. W polu plewimy marchew, bo było tej marchwi pół hektara. O 5 godzinie jemy podwieczorek i o 8 wracamy na kolację. Bauer tę marchew też na wozach woził na skup do miasta.

W żniwa zboże kosiliśmy snopowiązałką, ale musiały być 3 konie. Snopy stawialiśmy w takie czuby z daszkami po 8-10 snopów. A ja pokazałem Bauerowi, jak u nas w Polsce my składaliśmy pokopki w 5 węgłów. I co się okazało, ja my już zaczęli zwozić te snopki do sterty te daszki, czapki były dobrze suche, a te z mego półkopka nie były jeszcze suche. Snopki zboża młóciliśmy maszyna napędzana motorem jak u nas. Ja miałem lekką robotę rozcinać sznurki snopków ostrym nożem.

Obok podwórza zaraz z Bauerem kopaliśmy torf na opał. Gospodarz specjalnym szpadlem wybierał warstwę torfu gęsta jak błoto, podawał mi ten mokry torf na takie płaskie taczki, a ja go wywoziłem trochę dalej i wysypywałem na ziemię, a taki był ten torf, jak cegła tylko trochę dłuższy. Jak trochę podsechł tu układaliśmy go w takie małe trójkątne kupki. A jak już dobrze wysechł tu już składaliśmy w duże pryzmy, a na zimę zwoziliśmy do szopy pod dach.

Na noc wszystkie okna musieliśmy smferdunke to jest zaciemnienie, bo angielskie samoloty, co noc bombardowały niemieckie miasta i zrzucały tysiące ulotek i Niemcy też robili naloty na Londyn.

Był to stan wojny, Niemcy walczyły z Rosja pod Moskwą i aż po Sewastopolem.

Tu od naszego sąsiada 4 synów było na wojnie. Z ruskiego frontu przyszła widomość, że jeden z ich synów został zabity. O jej! Zaraz radny wsi idzie od domu do domu i głosił, że Haiko Ukena został zabity w Rosji.

W jesieni kartofle kopał Bauer konną kopaczką. Pole długie, najął 12 chłopców szkolnych, ja też zbierałem na środku pola. Bauer podzielił pole na 6 odcinków, po dwóch chłopców na jeden odcinek. Na jednym końcu coś chłopcy słabo zbierali. Bauer musiał im pomagać, krzyczał na nich, a my już spoczywali.

Przyszłą zima mnie zaczęły nogi i ręce puchnąć i Bawor zawiózł mnie do miasta Westerdtade i przez styczeń, luty, marzec i kwiecień byłem w szpitalu. Nogi i ręce się wyleczyły tylko blizny zostały. W szpitalu jak już lepiej się poczułem to pomagałem chłopcom kartofle z kopca wybierać i sortować, a następnie nasadzić na grzędach ogrodu szpitalnego. Brat Franek to do mnie w niedzielę przyjechał na motorze i mój Bauer także. Przywieźli mi kurtkę i Biblię w małej książeczce, trochę mnie podstrzygł i zawiózł na dworzec kolejowy. Tam wykupił bilet na pociąg osobowy do Przemyśla. Nie wolno było ze szpitala wracać do Bauera – kwarantanna. Razem ze mną jechał staruszek Ukrainiec. Strasznie biednie wyglądał, na rękach skóra i kość. Był niski. Na stacji w Oldenburgu jego syn dał mu jakąś walizkę z jakimiś ciuchami. Ja mu pomagałem ją nieść do wagonu. Jechaliśmy 3 dni i 3 noce przez Berlin, Wrocław, Karków, Tarnów, Rzeszów, Jarosław. W Przemyślu ja już wysiadłem i spacerkiem już poszedłem przez Prałkowce, Zalesie, na skróty przez Olszany, Krzeczkową. W lesie krasiczyńskim na Budach zaglądałem do otworu w Stromej Skale, niby Zamku Zbójnickiego. Znalazłem jakieś kości niby rogi jelenia. Jest już 11 maja [prawdopodobnie 1943 roku], altsłońce wiosenne tak jasno świeciło, las zielony szumiał. Wyszedłem z lasu krasiczyńskiego na pole już na Hucie Brzusce. Jeszcze 100 m drogą graniczną do leśniczówki na skraj lasu krasiczyńskiego stały wkopane słupy betonowe z herbem Sapiehów [Obok herb Adama Sapiehy] tj. Leona Sapiehy. I już z granicy skręcam w dół koło naszego pola. Na dole w pobliżu domu tata Wojciech motyką robili rzędy do sadzenia kartofli. O jej! Jak bardzo się ucieszyli jak mnie ujrzeli. Bo brat Franek, jak był u mnie w szpitalu widział mnie w jakim byłe stanie i napisał, że ja już chyba do domu nie wrócę. Bo mało z nim już rozmawiałem. Ja mogłem rozmawiać, ale nie chciałem bo wiedziałem, że jest podsłuch i przez jakieś nieostrożne słowo mogłem sobie sytuacje pogorszyć.

Tu już w Polsce zacząłem regularnie chodzić do kościoła. Bo w Niemczech nie chodziłem - bo kościoły były daleko. Całe niedziele rysowałem. Chodziliśmy do kościoła do Birczy, a lecie w czwórkę: Ja, Piotrek, Józek i Ludwik przez las do Krzywczy do kościoła na mszę. Koledzy też z nami szli do Krzywczy. Jak wracaliśmy przez San to wykapaliśmy się, a w Zrębie malin najedliśmy się i na leszczynach orzechów narwaliśmy pełne kieszenie.

 

Opisał Michał Trawnicki w piątek 31 V 2013 r.

Nazwy miejscowości i imion w wersji zapamiętanej przez autora

Zapraszamy na blog  - http://krzywcza.blogspot.com/