Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Wśród znaczących postaci związanych z Krzywczą niespodziewanie znalazł się Robert Lovell, który związał początek swojego życia [urodzony w Kupnej] i koniec [praca w Liceum Plastycznym w Jarosławiu] z naszym regionem. Ta niespodziewana sytuacja związana jest z p. Markiem Lovellem z Krakowa, który wśród genealogicznych poszukiwań dotarł do korzeni swojej rodziny, ale oddajmy głos Panu Markowi, który opisał wszystkie okoliczności tej niecodziennej sytuacji:

Piotr Haszczyn - grudzień 2014

altWprawdzie Robert Lovell (1886-1951), zapomniany dziś rzeźbiarz i malarz oraz pedagog urodził się w Kupnej, jednak pozwalam sobie dołączyć szkic o nim do "Biografii" zacnych ludzi związanych z Krzywczą. Z kilku powodów. Pierwszy jest oczywisty - w kościele w Krzywczy został ochrzczony, jako dziecko na pewno wielokrotnie bywał tu z rodzicami [fotografia Roberta Levell z lat międzywojennych XX w. obok].

Powód drugi ma charakter historyczny. Rodzina Lovellów jest przykładem swoistego galicyjskiego fenomenu: szybkiej i całkowitej polonizacji przybyszów. To zjawisko dotyczyło głównie urzędników austo-węgierskich, ściąganych masowo przez zaborcę już od pierwszego rozbioru (1772). Biurokraci wywodzący się z różnych krajów monarchii (Austriacy, Czesi, Słowacy, Węgrzy, a także Niemcy) wcale nie musieli znać języka miejscowego, bo zgodnie z założeniami Wiednia administracja miała być narzędziem germanizacji galicyjskich poddanych. Tymczasem... całkowicie wbrew zaleceniom cesarskim wielka ich liczba rychło zaczęła wtapiać się w polskie (rzadziej rusińskie) otoczenie, żeniąc się ze szlachciankami lub mieszczkami, przejmując naszą kulturę i obyczaje, wychowując dzieci w duchu polskości. Nierzadko z tych związków wywodzili się w drugim lub trzecim pokoleniu wybitni patrioci, postaci wielce zasłużone dla naszej kultury, sztuki i nauki, by wymienić choćby Józefa Dietla, Karola Szajnochę, Franciszka Smolkę, Oswalda Balzera, Wincentego Pola, Zbigniewa Herberta.

Pierwszy Lovell, który pojawił się w Galicji w połowie XIX wieku nie był jednak cesarskim biuralistą, lecz stuprocentowym Anglikiem. To rzadkość, nawet w tak różnorodnej narodowościowo krainie jak Galicja Wschodnia. Thomas, bo tak miał na imię protoplasta, pracował jako trener koni wyścigowych, m.in. u hrabiów Stefana Zamoyskiego i Jana Józefa Tarnowskiego, trenował najsławniejszego galicyjskiego konia Przedświta. Ożenił się z Polką pochodzenia austriackiego (doprawdy, galimatias narodowy niezwykły), dzieci wychowali na Polaków, w wierze rzymskokatolickiej. Pierworodnemu dali imię Tomasz. Tomasz został leśnikiem i wraz z żoną Kazimierą ze Stefanowskich żył w Kupnej przez około 10 lat (ok. 1884-1894). Tu urodziło się ich pięcioro dzieci, wśród nich Robert Lovell.

Chociaż na przełomie XIX i XX wieku do Galicji Wschodniej przybyło całkiem sporo Brytyjczyków, zwabionych perspektywą dużych zysków w biznesie naftowym, znam tylko jeden porównywalny przykład polskiej rodziny o angielskich korzeniach. To Scottowie ze Lwowa, prowadzący w dwudziestoleciu międzywojennym ekskluzywny sklep sportowy przy ul. Akademickiej. (Gwoli ścisłości - antenat rodziny był Kanadyjczykiem pochodzenia szkockiego; jeden ze Scottów został konsulem brytyjskim we Lwowie).

Czemu rozwodzę się na ten temat? Bo oto trzeci powód, dla którego przypomnę Roberta Lovella. Powód osobisty. Na stare lata zacząłem mozolnie odtwarzać genealogię rodziny. Dokumentów, choćby w postaci zdjęć, mam niezmiernie mało, głównie za sprawą pospiesznej ucieczki moich dziadków z Drohobycza po II wojnie światowej, czyli przesiedlenia, nazywanego obłudnie przez komunistów "repatriacją".

Łapczywie poszukuję więc jakichkolwiek tropów dotyczących przodków. Liczę na to, że ktoś z użytkowników świetnego portalu "Krzywcza - Trzy Kultury", po przeczytaniu tego tekstu mi dopomoże... Interesuje mnie każdy okruch wspomnień, skojarzeń, nie mówiąc o ewentualnych fotografiach czy dokumentach dotyczących Lovellów. Dzięki podobnym internetowym kontaktom zdobyłem już wiele informacji. A najcenniejsze zawdzięczam Panu Piotrowi Haszczynowi, który dotarł do parafialnych ksiąg metrykalnych w Krzywczy, prawdziwej skarbnicy wiadomości.

***

Robert Lovell był artystą rzeźbiarzem i malarzem. Urodził się w Kupnej 6 czerwca 1886 roku. Rodzina żyła tu do ok. 1894 r., później przeprowadziła się do Drohobycza. W latach 1901-1905 Robert uczył się snycerstwa w C.K. Państwowej Szkole Przemysłowej we Lwowie, zaś w latach 1906-1910 studiował w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych u Józefa Pankiewicza (malarstwo) i Konstantego Laszczki (rzeźba). Uzupełniał też naukę w Wiedniu.

Następnie został nauczycielem rysunków w drohobyckim gimnazjum, zaś wkrótce, w 1914 roku, zaciągnął się do Legionów Polskich.

Legionowy szlak Roberta lapidarnie przedstawia notatka w Centralnym Archiwum Wojskowym: "W Legionach Polskich od 15 września 1914 r. Przydziały: szkoła ćwiczeń LP (instruktor plutonowy), II komp. III baonu 2 pp, komp. sztab. w Warszawie, stacja zborna PKP w Przemyślu. Stopień - plutonowy".

Oto najkrótsze tłumaczenie dla cywilów oraz niezbędne objaśnienia. Skoro został instruktorem plutonowym, oznacza to, że wcześniej uczestniczył w ruchu strzeleckim, dającym podstawowe przygotowanie wojskowe. Skoro potem służył w 2 pp, czyli w 2 Pułku Piechoty Legionów (w drugiej kompanii trzeciego batalionu), włączonym w skład II Brygady, zwanej Karpacką, zatem musiał brać udział w ciężkich bojach z Rosjanami na Węgrzech, na Huculszczyźnie, znów na Węgrzech oraz na Bukowinie.

30 marca 1915 r. trafił do szpitala, gdzie leczono go co najmniej przez cały kwiecień i maj. To informacja z innego źródła - "Listy strat Legionu Polskiego": "Lovell Robert (...), chory, szpital rezerwowy nr 1 Stiftskas w Wiedniu".

Ponieważ następnie - jak wynika z notatki CAW - otrzymał przydział do kompanii sztabowej, więc musiał uczestniczyć w uroczystym wkroczeniu II Brygady do Warszawy 1 grudnia 1916 roku. Potem nastąpił tzw. kryzys przysięgowy i w konsekwencji przeformowanie Legionów przez dowództwo austriackie w Polski Korpus Posiłkowy, latem 1917 r. w Przemyślu (stąd: "stacja zborna PKP w Przemyślu").

Po wyzwoleniu Robert osiadł na stałe w Warszawie. Ożenił się z Mizzi, czyli Marią, pochodzącą z Wiednia. Może poznał ją w czasie pobytu w szpitalu wiosną 1915 r.? Może była np. pielęgniarką? Takie romantyczne historie się zdarzają. Wkrótce jednak małżeństwo rozpadło się. Dzieci nie mieli. Mizzi podobno zginęła od jednej z pierwszych niemieckich bomb zrzuconych  na stolicę we wrześniu 1939 roku.

Przez kilka pierwszych lat pobytu w stolicy Robert utrzymywał się z pracy w Państwowej Szkole Budownictwa przy ulicy Wspólnej, gdzie uczył rysunków. Jednocześnie wiele tworzył.

Reporter tygodnika artystycznego "Comoedia", który odwiedził go w marcu 1926 r. w pracowni w kamienicy na Krakowskim Przedmieściu zwraca uwagę głównie na rzeźby i projekty monumentów o tematyce legionowej: "Pomnik Wolności", "Pomnik Legionów", "Spoczynek", "Ułan spieszony". Opisując wojenne losy Roberta podkreśla: "Ten poryw narodowy wywiera na rzeźbiarzu wybitne piętno jego obecnej twórczości". Dziennikarz podpisany inicjałami "g.g."  wymienia także inne prace, oceniając je z emfazą: "W rzeźbach tych tkwi ogromna skala wyrazu, od najbardziej szarpiących ("Bolszewik") do wyrazu słodyczy ("Madonna")". Artykuł zilustrowany jest trzema fotografiami przedstawiającymi artystę w otoczeniu gipsowych projektów, a także popiersia "Studium" oraz "Matka".

Sam Robert niewiele mówi o swej twórczości, natomiast narzeka na brak mecenatu oraz na dominację akademików: "Od lat rzeźba bywa najskromniej reprezentowana w sztukach plastycznych. Przedstawicieli ma niewielu, te same nazwiska powtarzają się. Nasze wystawy są słabo obsyłane: parę biuścików, medalionów, plakiet. Rutyna i akademizm krępują polot, w dziełach poprawność, powierzchowność maszynowa - brak twórczego wyrazu. Brak mocy, która wyrwałaby z szablonu talenty. A na to składa się wiele powodów: brak przestrzeni, brak pomocy, nędza kraju. Szymanowski, Dunikowski lub Kuna zamknęli się w swych pracowniach, nie mogąc zobaczyć swoich snów wykutych w brąz lub marmur. Byłyby one ozdobą miast, dorobkiem kultury".

Artykuł "U rzeźbiarza Legionów" kończy się uwagą autora: "Wracam pod wrażeniem, że Lovell wyjdzie niedługo z pyłu pracowni na szerszy świat po zasłużone laury".

alt
W następnych latach Robert siedmiokrotnie brał udział w wystawach w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych, prezentując m.in. w roku 1927 rzeźby "Portret pani M" (gips) oraz "Pana i syrenę" (terakota). W 1937 r. za "Macierzyństwo" (gips patynowany) otrzymał brązowy medal. Wystawiał też m.in. w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w 1934 r. Modelował najczęściej w gipsie, rzeźbił w sztucznym kamieniu, rzadziej w brązie. Niestety, w czasie Powstania Warszawskiego prawie cały jego dorobek artystyczny uległ zniszczeniu.

W zbiorach rodzinnych zachowały się jedynie dwie małe płaskorzeźby gipsowe: akt kobiecy oraz "Święta Anna" [fotografia powyżej], a także sporych rozmiarów pastel (kredka na papierze) przedstawiający akt męski; tradycyjnie mówiło się o tym akcie: "Adam", miała być też i "Ewa" identycznych rozmiarów, lecz wszelki ślad po tym obrazie zaginął.

 

 

 

altNieoczekiwane odkrycie zawdzięczam Andrzejowi Muszalskiemu z płockiego Stowarzyszenia Tradytor, współtwórcy portalu internetowego www.tradytor.pl poświęconego historii, turystyce i eksploracji. Napisał on na portalowym forum: "Na cmentarzu w Drobinie w powiecie płockim natrafiłem na interesujące nagrobki. Najciekawszym z nich jest - nieszablonowy, modernistyczny, wykonany ze sztucznego kamienia przez Roberta Lovella w 1932 r. - nagrobek Antoniego Rawicz Radomyskiego. Postać siewcy na nagrobku to być może portret zmarłego. Serce się kraje patrząc, jak niszczeje. Jeszcze 3 lata temu był w dobrym stanie (...) ten pomnik powinien zostać uratowany!". Do tekstu autor dołączył zdjęcie "Siewcy" [fotografia obok autorstwa Andrzeja Muszalskiego], sporych rozmiarów płaskorzeźby, rzeczywiście nadgryzionej przez ząb czasu.

Próbując ocenić twórczość Roberta na podstawie nielicznych zachowanych prac mogę jedynie stwierdzić, że obce mu były modne "izmy" dwudziestolecia międzywojennego. Przypisałbym jego rzeźby i obrazy do nowego klasycyzmu, nurtu silnego w ówczesnym artystycznym środowisku warszawskim, by wymienić tylko dwóch twórców: Henryka Kunę (1879-1945), autora m.in. brązowej rzeźby "Rytm" w parku Skaryszewskim i Edwarda Wittiga (1879-1941), autora znanej "Ewy" w parku Ujazdowskim. Pierwszego wspomniał z aprobatą - obok nestora Wacława Szymanowskiego (1859-1930) oraz Xawerego Dunikowskiego (1875-1964) - sam Robert w artykule w tygodniku "Comoedia"; nota bene Kuna i Dunikowski też byli uczniami Konstantego Laszczki.

Jedynie "Siewca" odbiega formą od nowego klasycyzmu, nosząc znamiona stylu art déco. 

Po II wojnie światowej losy rzuciły Roberta do Nowego Bytomia, gdzie pracował w Gimnazjum i Liceum Huty "Pokój". Pod koniec życia przeniósł się do Jarosławia. Nauczał tam rysunków w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych, tam też zmarł w grudniu 1951 roku.

Marek Lovell, Kraków 2014 r.

Suplement
Szanowny Panie Piotrze
 
Z przyjemnością informuję, że Pański portal stał się dla mnie skuteczną "skrzynką kontaktową". Równo rok po opublikowaniu w "Krzywczy - Trzech Kulturach" tekstu w rubryce "Biografie" dotyczącego artysty rzeźbiarza, malarza i pedagoga wywodzącego się z Kupnej - Roberta Lovella (1886-1951), przeczytała go Pani Józefa Kostek, Główny Inwentaryzator Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej i skontaktowała się ze mną. Okazuje się, że w przemyskim Muzeum zachowało się 13 lub 14 prac mojego krewnego. Są udokumentowane, zostały zakupione przez Muzeum przed rokiem 1922, co poświadcza "Rocznik Przyjaciół Nauk w Przemyślu". To dla mnie prawdziwe odkrycie, bo przypomnę, że niemal wszystkie prace Roberta Lovella zostały zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. Zbiór przemyski obejmuje plakiety, głównie portretowe oraz prawdopodobnie jedną rzeźbę (nie sygnowaną). Już je oglądałem, z przyjemnością stwierdzam, że są na wysokim poziomie artystycznym. Dwie plakiety zostały czytelnie opisane, tzn. Robert umieścił na nich nazwiska portretowanych kolegów-legionistów: Adama Osińskiego i Andrzeja Waisa. Może ta wiadomość zainteresuje ich potomków, poszukujących, jak ja, choćby najmniejszych tropów dotyczących przodków, może i dla nich "Krzywcza - Trzy Kultury" stanie się zatem "skrzynką kontaktową".  
   Życzę Panu, Pana Najbliższym oraz Współpracownikom radosnych Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego 2016 Roku, a także dalszych sukcesów w wydawaniu świetnego portalu, do którego często zaglądam.
 
Z poważaniem
Marek Lovell, Kraków

Zapraszamy na blog  - http://krzywcza.blogspot.com/