Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Anna Zula Strońska (ur. 14 marca 1931 w Przemyślu, zm. 5 czerwca 2007 r. w Warszawie) — polska reporterka, pisarka i publicystka. Zwana Pierwszą Damą polskiego reportażu. Swoją poetycką i prozatorską twórczość rozpoczęła ok. 1945 roku. Zadebiutowała w 1946 roku na łamach pisma "Młoda Rzeczpospolita". Studiowała m. in. dziennikarstwo na Wydziale Społeczno-Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego (studia te ukończyła w 1953 roku). Od 1953 do 1963 roku była członkiem redakcji "Gazety Krakowskiej", a od 1963 do 1981 roku pracowała jako reportażystka "Polityki". W latach kolejnych współpracowała m.in. z "Odrodzeniem", "Wiadomościami Kulturalnymi", "Literaturą" i paryską "Kulturą". W roku 1960 r. dostała nagrodę im. J. Bruna, a w 1975 od redakcji "Życia Literackiego". W 1977 Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Związana z Kulturą. W latach 80 tych Anna Strońska zaczęła uprawiać twórczość dramaturgiczną.

Związana z Krzywczą ze względu na więzy rodzinne z Emanuelem Bocheńskim. Była częstym gościem krzywieckiego dworu w okresie przedwojennym i już rzadkim w okresie powojennym. Swoje wspomnienia rodzinne opisała w Senniku Galicyjskim. Kilka kart poświęciła Krzywczy oto one:

 

alt(...) Klucz moich ciotecznych dziadków ze strony ojca najdłużej utrzymał się w rodzinie. Krzywczy, Średniej, Woli i Chyżyny sic! [Chyrzyny] pozbawiła nas reforma rolna. Cóż, przynajmniej jedna strata godna towarzyskiego rozgłosu. Mnie to nie robiło różnicy, ale dla Maniusi z Joczów Bocheńskiej może i było satysfakcją, że w przeciwieństwie do wszystkich majętności przeputanych przez powinowatych z drugiego brzegu Sanu przynajmniej jej wiana nie pochłonęły karty, panienki czy inne gradobicia. [Obok zdjęcie rodzinne: Bocheńskich, Strońskich i Pragłowskich. Siedzą od lewej: Adela Bocheńska, Jerzy Pragłowski, Anna Zula Strońska - autorka pamietnika].

Historia ma brzuch rekina, nie takie klucze zżera.

Jak przystało dziewczątku z dobrego domu, znosiło mnie w lewo i reforma rolna przypadła mi do gustu. Ku zgrozie familii opowiadałam się za sprawiedliwością społeczną, najchętniej na podwieczorkach u Bocheńskich, którzy dopiero co musieli wynieść się z majątku.

- A oni ciebie tak lubili – z rezygnacją wypominała matka, kiedy wracaliśmy z nieudanej wizyty, już bez zaproszenia na następną.

- Wszystkich sobie zrazisz prędzej czy później. Wszystkich.

Jakby zgadła.

Bez reformy może bym się dopchała do spadku w gęstej familijnej kolejce. Już ja siebie widzę jako rządną młodą panią w stylu tych fifty – fifty z życia i spod pióra ciotki Janki. Boże, dopiero by to wszystko wyglądało! Ja zabsorbowana miłościami i pisaniem książek, a z majątku pirze leci, jak mawia się w Galicji..

Pan Bóg musiał na to wpaść przede mną, więc w rezultacie kolejnych smutnych wypadków krajowych bezboleśnie pożegnałam się z ostatnią w życiu szansą na los obszarniczki.

Z opowieści o Bocheńskich zapamiętałam głównie tę, że w dobrym hotelu lwowskim czy kosztownym pensjonacie truskawieckim albo zakopiańskim stawali (bo wtedy jeszcze się stawało w hotelach) z własnymi poduszkami. To zawsze. Hotel mógł być pierwszorzędny, i był, pensjonat mógł być kosztowny, i był, ale szofer tak czy siak wnosił do numeru poduchy, jaśki, poszewki, prześcieradła.

Dla mnie dziadkowie byli sympatyczni, dla swoich chłopów – mniej. Bocheński twardą ręką trzymał Krzywczę, Średnią, Wolę i Chyżynę. Co wiem nie od komunistów, tylko od rodziców. A swoją drogą, gdy przypominam sobie młodego lekarza pogotowia, który w powojennym Krakowie, wezwany do pijanego pac jęta, spitego z okazji wesela, na chybcika, w przedpokoju wychylił zaoferowaną literatkę czystej, to chcę czy nie chcę to myślę o dziadku Bocheńskim. W przeciwieństwie do wnuczki, tu podpisanej Anny Strońskiej, podejrzanych wesel nie zaszczycał, natomiast ilekroć przyszli do dworu folwarczni z powinszowaniami, wychodził do nich w marynarce, za progiem nie trzymał. On by takiego nietaktu nie popełnił.

Nie znam powojennej Krzywczy. Z ostatniego klucza zostało zdjęcie, pokazujące taras dworski i tatę z dziadkiem Bocheńskim – dwu wykwintnych panów na tle dobrych czasów. Białe schody , białe kolumienki, charty rozwielmożnione w słonecznej kąpieli... Egzotyczna scenka. A takie to było naturalne, takie oczywiste, dopóki się nie stało byłe.

Nawet dobrze się składa, bo do Krzywczy mnie nie ciągnie. Leżakuję na oborskim gazonie. Wzięłam leżak z oficyny, ustawiłam na trawie i przyglądam się pałacykowi, który chyba wystarczyłoby nazywać dworem. – Pani tu jest na swoim miejscu – pochlebiają koledzy. – Czy ja dzisiaj gdziekolwiek byłabym na swoim miejscu? Wątpię. Chyba, że w domu z ogrodem gdzieś na granicy hrabstw Oxfordshire i Berkshire. No, ale to mam załatwione raz na zawsze na pięćdziesiąt procent, jak Rabinowiczowa z księciem Wali i też miał to załatwione na pięćdziesiąt procent, bo Robinowicz się zgodził.

Po 1945 moi dziadkowie z Krzywczy dość szybko wyprowadzili się na świat nazywany tamtym, może i przychylniejszy dla bezrobotnych panów. Panny na Ostrowie, Świeżawski, osiadły w Przemyślu i zarobkowały – jedna jako ekspedientka w upaństwowionym sklepie Wolanina, druga jako sprzątaczka w radzie narodowej. Szorowała schody.

No, z pewnością lepsze to od piły.

(A zanim jeszcze zaniosło się na takie pocieszenia, skrupulatna Stefania Dzikowska w 1912 notuje: „Dziś byłyśmy z Zosią w katedrze, jako piętnasta panienka Zosiunia nasza weszła do Stowarzyszenia Katolickiego Róża. Przewodniczącą wybrana panna Czechówna, a zastępczynią panna Świeżawska z Ostrowa”).

W kilkadziesiąt lat po reformie rolnej Lućka nadal rozeznawała się w Przemyskim podług kodu: Medyka – Pawlikowscy, Babice – Radomyscy. Ostrów – Świeżawskich. Kuńkowce – Rogozińskich. Wapowce – Sapiehów. Prałkowce – Drużbackich. Krzywcza, Wola, Średnia i Chyżyna – Maniusi z Joczów (dla zaakcentowania, że to Bocheński wziął posażną żonę, nie odwrotnie).

Z Bocheńskim Niesiecki obchodzi się surowo. „I o tych dawni genealogistowie nie pisali” Ano tak, dopiero „Jan Landsdorff Bocheński pisał się z chełmińskim województwem na elekcyją Władysława IV, Wojciech z Wileńskim na Augusta”.

Jedni Bocheńscy „wyszli z Prus”, drudzy z Pomorza. Bochen – Bocheńscy... No to wszystko jasne. Teraz rozumiem, skąd się wzięła krążąca po odbytej z zagadnieniem Rawie Ruskiej pogłoska, że c.k. starosta „z Żydów”. Starosta Bocheński, a nie Stroński.

Upływ lat jest mniej zauważalny w domach, które nie zaczęły być nasze dopiero od pierwszego kredytu, od pierwszego czynszu, tylko są od zawsze. (...)

 

Zapraszamy na bloga - www.krzywcza.blogspot.com