Krzywcza - Trzy Kultury

Krzywcza - pełna wspomnień...

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Polish English French German Irish Russian Ukrainian
Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Losy wojenne mojej rodziny

Email Drukuj PDF

Nagrodzone prace w konkursie pt. Losy wojenne mojej rodziny. Konkurs został przeprowadzony w ramach programu Program Zwykli Niezwykli – ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym.

 


Dominika Brzozowska
Niepubliczna Szkoła Podstawowa w Ruszelczycach kl. VI

I miejsce


    Celem niniejszej pracy jest przedstawienie losów wojennych naszej rodziny z lat 1940 – 1946, opowiedzianych przez moją babcię – Helenę Kołacz, która urodziła się na Syberii i powróciła do Polski wraz z rodziną. Żeby to zrozumieć musimy cofnąć się w czasie do dnia 23 sierpnia 1939 roku, kiedy to w Moskwie zawarty został pomiędzy Związkiem Radzieckim, a Niemcami „Pakt o Nieagresji”. Dokument ten podzielił Polskę na dwie części podporządkowane agresorom. Wydarzenie to nazwane zostało przez historyków czwartym rozbiorem Polski. 1 września tegoż roku Niemcy napadły na Polskę zagarniając jej zachodnie i środkowe tereny. Natomiast 17 września tego roku bez wypowiedzenia Paktu o Nieagresji wojska radzieckie zajęły wschodnie kresy Rzeczpospolitej. Polacy na terenach rosyjskich zostali pozbawieni obywatelstwa polskiego i swoich majątków. Mężczyzni młodzież osadzono w więzieniach oraz wysyłano do obozów pracy przymusowej, niektórych skazywano na najwyższy wymiar kary – karę śmierci przez rozstrzelanie. W szkołach wprowadzano język rosyjski, białoruski oraz ukraiński. Jednak podstawową i najbardziej dotkliwą formą represji cara były masowe deportacje ludności cywilnej na Syberie i do Kazachstanu.
    Powróćmy jednak do opowieści babci Heli. Opowieści przerywane gorzkimi łzami okrutnych przeżyć dzieciństwa i dorastania…
    Rodzice moi – Jan i Cecylia Zwierzyńscy z domu Klimko w czasie wojny mieszkali w miejscowości Bachów, powiat przemyski. Mieli trzech synów (ja urodziłam się na obczyźnie). Wiedli spokojne, jak na owe czasy życie. W dniu 10 lutego 1940 roku nastąpiła pierwsza masowa deportacja ludności cywilnej do ZSRR i Kazachstanu. Rodzina znalazła się wśród kilkunastu rodzin deportowanych. Oprócz nich na Syberię trafili inni członkowie naszej rodziny tzn. bracia i siostra mojego taty i ich dzieci, a moi kuzyni – wspomina babcia. Z ich relacji, a także  z przekazu mojej mamy dowiedziałam się dużo o okolicznościach deportacji, a także o życiu jakie wiedliśmy na Syberii. Osobiście nie mogę nic pamiętać, gdyż jak wspomniałam urodziłam się na Syberii, a do Polski wróciliśmy, gdy miałam zaledwie 2 latka. Postaram się jednak przybliżyć okoliczności deportacji i  życia na ,,nieludzkiej  ziemi’’. Był dzień 10 luty  1940 roku – sobota, na dworze panowały siarczyste mrozy. Przed naszym domem pojawili się  żołnierze NKWD. Kazali w ciągu 15 minut  zabrać  potrzebne rzeczy i przygotować  się  do wywózki. Mama zabrała więc  to, co się  dało unieść: pierzynę, trochę jedzenia  i ubrań. Pod karabinami zaprowadzili  na pole, załadowali na wozy wraz z innymi rodzinami. Wywieźli nas na stację kolejową do Przemyśla. Tu czekały już przygotowane wagony towarowe z zakratowanymi oknami. I tak 11 lutego 1940 roku wyruszyliśmy w daleką podróż na Syberię, która trwała około 4 tygodni. Na  granicy Polski  zostaliśmy przetransportowani  do rosyjskich wagonów bydlęcych, które również były  okratowane, a na podłodze znajdowała się niewielka ilość słomy. Do jednego wagonu ładowano 45 - 50 osób i ryglowano drzwi. Warunki podróży były niewyobrażalnie ciężkie. Za toaletę służył otwór w podłodze, takiej  wielkości, aby nikt nie mógł przez niego uciec. Było parę pryczy, spaliśmy na jednej z nich (5 osób) zbitej z desek, bez sienników i pościeli. Po wodę żołnierze wypuszczali po dwie osoby. Czasem na dłuższym postoju dawali raz na dzień zupę. W wagonach było tak zimno, że zdarzało się, że ludzie przymarzali w nocy do ścian. Dokuczał nam głód, mróz i ciasnota. Podróż tę dużo ludzi nie przeżyło, wśród nas były przecież osoby starsze oraz rodziny z malutkimi dziećmi. Ci co zmarli pozostawieni byli na postojach i wrzucani do zbiorowych dołów wykopanych przy trasie przejazdu pociągu. Tak trafiliśmy na Syberię, do miejscowości Krywoje, rejon Wierchnyje Gorodkie, obłast Małotowska. Trzeba wspomnieć, że Syberia to ogromna kraina, 30 razy większa od Polski, ciągnąca się za Ural, o bezkresnych tajgach i tundrach, o ciężkim klimacie mrozach sięgających do – 50ᵒC. Tu tato pracował w lesie, przy ścinaniu i wywożeniu sosen. Były to potężne drzewa, które następnie układali na wozach lub saniach, zależnie od pory roku i ciągnęli, pracując jako siła pociągowa. Nosili na sobie takie „szelki”, które umożliwiały im „zaprzęganie się”. Była to praca bardzo ciężka, niejednokrotnie ponad siły najsilniejszego mężczyzny. Więźniowie wyruszali o świcie, a wracali późnym wieczorem. Kto odmawiał pracy, był zamykany w izolatce albo mordowany w lesie. W zależności od wypracowanej normy, dostawali odpowiednią ilość jedzenia. Dzienna racja wyżywienia wynosiła maksymalnie 600 g chleba, 2 kostki cukru i 2 razy dziennie pół litra zupy. Mama pracowała w kołchozie – przy krowach, kozach. Tam pracowała również moja kuzynka, miała wtedy 15 lat. Zajmowała się dojeniem krów. Czasem udało jej się ukraść butelkę mleka i wrzucić w zarośla, tak aby nikt tego nie zauważył. Bo gdyby ktoś z pilnujących to spostrzegł za karę mogłaby być cofnięta jej i rodzinie dzienna racja wyżywienia. Moi starsi bracia, którzy jeszcze wtedy nie pracowali (bo dzieci pracowały od 12 roku życia) potrafili kilka godzin siedzieć cicho  i czekać na tę butelkę mleka. Głód był okropny. O lekarzu nikt nawet nie marzył. Bardzo ciężkie warunki pracy, głód, klimat powodowały to, że dużo ludzi umierało z powodu wycieńczenia organizmu, jak również rozpowszechniały się choroby takie jak: tyfus, cholera, kurza ślepota. W  1944 roku zostaliśmy przesiedleni do miejscowości Kalinówka, powiat Czystopol, województwo Kazań. To w tym miejscu w czerwcu urodziłam się ja – Helena. Radość z narodzin dziecka dla mojej mamy mieszała się z rozpaczą. Bo stąd również w niedługim czasie zabrano tatę do armii. Niestety do jakiego wojska trafił (prawdopodobnie była to armia gen. Andersa) i czy zginął na wojnie, czy  w innych okolicznościach, tego do dzisiaj się nie dowiedzieliśmy. Mimo, że po powrocie do kraju mama próbowała swego męża odnaleźć przez różne organizacje międzynarodowe. Tu również miała miejsce inna tragedia mojej rodziny. Otóż starszy brat poszedł do lasu, aby nazbierać jagód, grzybów, czegoś co by mogło zaspokoić uczucie głodu. Najprawdopodobniej zabłądził w bezkresnych tajgach Syberii. Drogi powrotnej już nie odnalazł. Szukała go mama kilka dni. Miał zaledwie 11 lat. I tak mama została sama z malutkimi dziećmi na „nieludzkiej ziemi”. Ja miałam zaledwie roczek, starszy brat Franciszek – 6 latek, a Eugeniusz 15 lat. Mimo strasznych warunków udało się nam przeżyć. We czwórkę wróciliśmy do kraju w kwietniu 1946 roku. Tu czekała na nas kolejna gehenna. Po domu w Bachowie zostały zgliszcza, gospodarstwo doszczętnie zostało zniszczone. Musieliśmy zaczynać od przysłowiowego zera. Nie mając warunków do życia bracia dostali się do sierocińca w Brzozowie. Tam się również uczyli. Ja zostałam pod opieką matki. Pomagali nam dobrzy ludzie, dali dach nad głową. Osiedliłyśmy się w Ruszelczycach, a chodziłam do Szkoły Podstawowej w Krzywczy, którą ukończyłam w 1959 roku. Pomagałam mamie w małym gospodarstwie rolnym. Często za kromkę chleba pasałam krowy u sąsiada, chodziłam również do wykopów i do pomocy przy siekaniu buraków. Nie bałam się ciężkiej pracy. Tu poznałam twojego dziadka i wyszłam za niego za mąż. Urodziły się dzieci, które już teraz mają swoje dzieci i rodziny. To jest już teraźniejsza historia.     
Chciałabym, abyście wy młodzi nigdy nie musieli przeżywać takiego koszmaru jak moja rodzina i wiele tysięcy polskich rodzin, którym przyszło żyć w czasie wojny. Aby ludzie zrozumieli, że każde zło rodzi kolejne. Niestety mamy przykład u naszych sąsiadów na Ukrainie, gdzie giną niewinni ludzie.         Spisując tą opowieść dowiedziałam się bardzo dużo o dziejach swojej rodziny  i wydarzeniach z tamtych lat. Zrozumiałam, co przeżyła babcia, jak okrutną rzeczą było zesłanie na Syberię. Dlatego czcijmy pamięć tych, którzy polegli i oddajmy hołd tym, którzy ocaleli. Pamięcią otoczmy wojenne cmentarze, na których spoczywają polscy żołnierze – Sybiracy oraz rozsiane po bezkresach Rosji i Kazachstanu często bezimienne mogiły pomordowanych i zamęczonych rodaków. Cieszę się bardzo, że ja i moje pokolenie możemy żyć i rozwijać się w wolnym i niepodległym kraju. Dlatego dzisiaj każdy z nas musi dołożyć wszelkich starań, by nigdy więcej nie było wojny.
 


Martyna Brożyniak
Niepubliczna Szkoła Podstawowa w Ruszelczycach.
Klasa VI

II miejsce i wyróżnienie


Uczestniczę w projekcie edukacyjnym „Zwykli niezwykli – ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym”. Projekt związany jest z losami Ziemi Krzywieckiej z okresu II wojny światowej. W jego ramach organizowany jest konkursu literacki „Wojenne losy mojej rodziny”. Aby zebrać informacje, na podstawie których mogłabym napisać swoją pracę,  udałam się podczas ferii zimowych do miejscowości Korzeniec, w której mieszka mój dziadek Wojciech. Podczas wizyty, dziadek przekazał mi swoją wiedzę dotyczącą wydarzeń z okresu II wojny światowej dotyczących moich przodków. Z opowiadań mojego dziadka Wojciecha, który zna to z opowieści swojego ojca Stanisława, wynika, że pod koniec II wojny światowej, na terenie miasteczka Bircza, powiat przemyski oraz oddalonej od niego o 2 kilometry jego rodzinnej miejscowości Korzeniec jak również innych okolicznych wiosek, trwały krwawe walki pomiędzy Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) a jednostkami ludowego Wojska Polskiego, Milicji Obywatelskiej (MO), Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) oraz samoobrony ludności polskiej. Przyczyną tych walk była z jednej strony chęć przeciwdziałania „oczyszczaniu” przez UPA tych terenów uważanych przez nich za etniczne ziemie ukraińskie z Polaków i próba oderwania tych terenów od Polski, z drugiej zaś strony była to odpowiedź banderowców na wysiedlanie od drugiej połowy 1944 r. na mocy tzw. Układów republikańskich ludności ukraińskiej do ZSRR. Nacjonaliści ukraińscy nie uznali granic ustanowionych na konferencjach teherańskiej i jałtańskiej, próbowali utworzyć własne, z ziem polskich państwo pod nazwą Zakierzoński Kraj. Dowódca UPA w Polsce, płk Myrosław Onyszkewycz „Orest” wydał  9 września 1945 r. rozkaz o zwalczaniu akcji wysiedleńczej. Na podstawie tego rozkazu UPA atakowała siedziby komisji wysiedleńczych jak również paliła wysiedlane wioski w celu zapobieżenia polskiemu osadnictwu. Paliła i terroryzowała również wioski i miasta, w których mieszkała ludność polska. W miasteczku Bircza, które znajdowało się w strefie przygranicznej, znajdowała się siedziba takiej właśnie komisji przesiedleńczej (granica państwowa znajdowała się wówczas bliżej Birczy niż obecnie, rejon Ustrzyk Dolnych przyłączono dopiero w 1951r). Ataki UPA na Birczę miały miejsce w okresie: pierwszy 22 października 1945 o godz. 23.30 , drugi 29 listopada 1945r. o godz. 22.00 a trzeci z 6 na 7 stycznia 1946 o godzinie 2.45.
W trakcie drugiego ataku upowcy ostrzelali Birczę i po kilkugodzinnej walce, wycofali się. Atak był tylko zasłoną, UPA chodziło o spalenie wsi w okolicach Birczy: Starej Birczy, Rudawki, Boguszówki, Korzeńca, Łomnej i Huty Brzuski.   Z relacji mojego dziadka Wojciecha wynika, że podczas palenia drewnianych, krytych strzechą domów w Korzeńcu w nocy z 29 na 30 listopada 1945r. przez sotnie wchodzące w skład kurenia UPA, dowodzonego przez Mychajło Galo pseudonim „Konyk”, życie straciło kilku mieszkańców Korzeńca broniących swojego dobytku. Kilka innych osób odniosło rany. Z opowiadań dziadka Wojciecha wynika, że jak banderowcy podkładali ogień pod dom i budynek gospodarczy, pradziadek Stanisław, ze swoim ojcem Ignacym i matką Marianną ukrywał się w wykopanym w ziemi schronie. Znajdował się on niedaleko domu, w małym lasku rosnącym za drogą na Przemyśl. Podpalony przez Ukraińców budynek gospodarczy spłonął doszczętnie, natomiast dom przy pomocy rodziny i sąsiadów udało się ugasić. Po naprawie nadawał się do zamieszkania. Z posiadanej przez dziadka Wojciecha wiedzy wynika, że w Korzeńcu udało się uratować jeszcze co najmniej dwa domy. Jeden z nich miał ocaleć m.in. dlatego, że jego właściciel znał język niemiecki. Banderowcy myśleli, że mają do czynienia z rodziną niemiecką i oszczędzili ich samych oraz dom. W tym okresie prawie każdą noc pradziadek Stanisław ze swoją rodziną tak jak inni mieszkańcy Korzeńca, „polskiej wyspy” wśród ukraińskich wsi, spędzał poza domem, najczęściej w wykopanym w ziemi schronie. Według dziadka Wojciecha, mój pradziadek Stanisław co najmniej dwa razy uniknął bezpośredniego zagrożenia utraty życia. Za pierwszym razem, ktoś w nocy zapukał do okna, przywołując jednocześnie po imieniu jego matkę Mariannę. Gdy ta podeszła do okna padło pytanie czy jej syn jest w domu. Praprababka Marianna zwlekała z odpowiedzią, tłumaczyła że sprawdzi, ale najpierw musi znaleźć i zapalić lampę naftową. W tym czasie pradziadek Stanisław po cichu przez alkierz, następnie przez strych uciekł z domu. Wtedy jego matka Marianna zgodnie z prawdą powiedziała, że go nie ma w domu. Pytający odeszli nie mówiąc kim są i czego chcieli. Możemy się tylko domyślać. W tym czasie częstą praktyką  upowców było wywoływanie w ten sposób ludzi z domów. Nigdy już do nich nie wracali.
Drugim razem, pradziadkowi Stanisławowi życie uratowała greckokatolicka siostra zakonna. Pradziadek woził konnym zaprzęgiem towar z Przemyśla do sklepów w Birczy. Podczas jednego z takich wyjazdów do Przemyśla, gdy towar był już załadowany na wóz, a konie spokojnie jadły obrok, do pradziadka Stanisława podeszło dwóch uzbrojonych Ukraińców z ukraińskiej policji pomocniczej. Powiedzieli mu, że zabierają się razem z nim. Zapytani dokąd chcą jechać odpowiedzieli, że do Olszan, miejscowości za Krasiczynem, na trasie do Birczy. Dla zachęty obiecali zapłacić za podwózkę. Pradziadek Stanisław zwlekał z wyjazdem, przeczuwając, że może się wydarzyć coś złego. Gdy zaczęli go coraz bardziej ponaglać i naciskać, widząc, że nie uda mu się dłużej zwlekać, zaczął przygotowywać konie do drogi. Tuż przed wyjazdem do pradziadka Stanisława  podeszła ukraińska siostra zakonna, prosząc go o zabranie jej do Birczy. Szybko wyraził zgodę, czując że może to być jego jedyna szansa na uratowanie życia. Zauważył, że sytuacja ta nie jest po myśli ukraińskich policjantów, zdenerwowani coś szepczą między sobą. Gdy dojechali do Olszan, kazali zajechać pradziadkowi Stanisławowi pod wskazany przez siebie budynek (w miejscu tym później, do lat 90-tych była mleczarnia). Następnie zsiedli z wozu i nakazali pradziadkowi czekać. Na balkon budynku, pod który podjechali wyszedł uzbrojony w karabin ukraiński policjant, którego zadaniem jak się okazało, było pilnowanie aby pradziadek Stanisław nie odjechał. Przez cały czas na wozie siedziała ukraińska siostra zakonna. Zbliżała się noc, a ukraińscy policjanci nie pozwalali odjechać, pradziadek Stanisław bał się coraz bardziej. Postanowił uciec gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Co jakiś czas zmieniał się pilnujący pradziadka policjant. Zmiana odbywała się w ten sposób, że pilnujący opuszczał balkon gdy przychodził jego zmiennik. W pewnym momencie pradziadek Stanisław zauważył, że z balkonu zszedł policjant, a na jego miejsce się nie pojawił zmiennik. Nie czekał długo, bez wahania zaciął konie batem zmuszając je do galopu. Usłyszał za sobą krzyk, obejrzał się przez ramię, zauważył wybiegających z budynku policjantów, jeden nawet wsiadł na rower próbując go dogonić. Strzelali za nim. Na szczęście niecelnie. Z opowieści dziadka Wojciecha  wynika, że pradziadek Stanisław obawiał się tylko jednego w tamtym momencie, że odpadną mu koła na wyboistej drodze. Na szczęście nic takiego się nie stało. Po przyjeździe do Birczy ukraińska siostra zakonna, która przez całą drogę nie odezwała się ani słowem, powiedziała pradziadkowi Stanisławowi, że ukraińscy policjanci chcieli go zabić. Powiedziała również,  że wiedziała to już w Przemyślu, gdy tylko ich zobaczyła jak podchodzą do pradziadka. Mimo strachu postanowiła go uratować i dlatego poprosiła go o podwózkę. Chcieli to zrobić zaraz po wyjeździe z Przemyśla. Powstrzymywali się tylko ze względu na nią. W Olszanach tak długo kazali im czekać, bo liczyli, że się zniecierpliwi i ruszy sama w dalszą drogę do Birczy pieszo. Powiedziała także, że modliła się za niego przez całą drogę. Po tym zdarzeniu pradziadek Stanisław bardzo długo nie jeździł do Przemyśla po towar, obawiając się o swoje życie. Tyle szczęścia nie miał brat mojego drugiego pradziadka Eugeniusza, Tadeusz. Z opowiadań mojego dziadka Wojciecha wynika, że był on milicjantem pomocniczym w Jasienicy. Zginął w dniu 17.03.1945r. w Żohatynie podczas walki z bandą UPA. Razem z nim w tym dniu zginęło jeszcze dwóch milicjantów. Pradziadek Eugeniusz, również milicjant pomocniczy w Jasienicy długo jeszcze rozpaczał po śmierci brata Tadeusza, wspominając go ciągle powtarzał, że mógł jeszcze żyć, że była to niepotrzebna śmierć. Pomimo bólu i żalu wiedział jednak, że jego brat Tadeusz świadomie wybrał taką nie inną drogę życia w tych strasznych czasach. Brat pradziadka Eugeniusza, Tadeusz pochowany został z dwoma innymi milicjantami we wspólnej mogile na Starym Cmentarzu w Birczy. II wojna światowa oraz pierwsze lata powojenne, dotknęły tragicznie każdego, kto żył w tym czasie. Ludzie cierpieli męki, których nie są w stanie opisać żadne słowa. Utrata bliskich, niepewność jutra, zwątpienie, było chlebem powszednim, którego nie brakowało. Każdy dzień był udręką i walką o przetrwanie mimo wszystko i wbrew wszystkiemu.

Na terenach zamieszkiwanych przez moją rodzinę groza wojny nie skończyła się wraz z wycofaniem się niemieckiego okupanta. Walki trwały tu jeszcze długo. Wróg ukrywał się w lasach i przychodził nocą. Jego przejście znaczyły spalone domostwa i ciała bestialsko zamordowanych mężczyzn, kobiet i dzieci. Opisane przeze mnie historie z życia nieżyjących już dziś moich przodków, nie należały wówczas do rzadkości. O takich historiach trzeba pamiętać i przekazywać je dalej by inni wiedzieli co się wtedy wydarzył. Powinniśmy pamiętać o tym po to, aby nigdy więcej do tego nie doszło.

 

Dawid Lasz

Szkoła Podstawowa w Babicach kl. VI

III miejsce

 

Wspomnienia  Janiny Pęcak, ur. w 1931r. na Heluszu spisane przez wnuka Dawida Lasza  ze  Szkoły Podstawowej im. J. Słowackiego w Babicach

         Nazywam się  Janina Pęcak, urodziłam się na Heluszu i mieszkałam tam w czasie wojny i po niej. Mama miała na imię Maria, a tato Józef. W domu było nas pięcioro rodzeństwa. Brat Władysław był o rok starszy, Franciszek młodszy o trzy lata, następnie Kazimierz z 1936r. i siostra Urszula z 1940. Mieszkaliśmy z babcią Wiktorią i dziadkiem Janem. Oboje  przeżyli wojnę  i zmarli w 1950r. Siostra ojca mieszkała wraz z rodziną w sąsiedztwie, a dalsza rodzina w Kramarzówce.

         Dom zbudował ojciec jeszcze przed wojną, bo stary się rozwalał. Dom nie miał piwnicy, tylko strych. W kuchni stał piec do palenia i pieczenia chleba. Wodę nosiło się ze zbiorowej studni. Ojciec wstawał pierwszy i rozpalał pod kuchnią i podkładało się przez cały dzień, aby było ciepło. Ojciec był stolarzem, więc umiał zrobić drewniane łóżka, stół, krzesła, kanapy do spania, zwane „piórnikami”. Na ścianach wisiały święte obrazy, które ojciec przywiózł z Kalwarii.

         O higienę  było trudno. Kąpaliśmy się w cebrzyku po kolei. Mydło mama robiła w domu i nazywano je ługiem, ale nie pamiętam z czego. Ubikacja była przy stajni i trzeba było do niej chodzić także w nocy czy w zimie. Stajnia stała z boku ze stodołą – nie były to wielkie obejścia. W stodole było klepisko, gdzie bracia młócili cepami zboże. Potem trzeba było je zemleć na żarnach, aby można było upiec chleb. Chleb piekłam przy pomocy ojca, bo mama była słabego zdrowia po urodzeniu młodszego rodzeństwa. Wcześniej piekła mama. Piekło się około raz w tygodniu i wychodziło 4 okrągłe bochenki chleba. Tak trzeba było dzielić, żeby wystarczyło dla wszystkich. Jako najstarsza dziewczyna zajmowałam się domem, bo mama już prawie nie wstawała. Gotowałam, trzeba było i wyprać, i posprzątać, ale bracia mi pomagali. Gdy nauczyła się doić krowę, to doiłam już sama. W lecie krowa pasła się po łąkach, a pilnował jej ten, kto miął w danej chwili wolne. Trzeba było robić zapasy siana na zimę dla te krowy. Bracia kosili trawę, suszyli, potem  zwozili do stodoły.  Cięło się sieczkę ze słomy w zimie i dodawało siekane buraki. Tak przetrwała krowa zimę. Było też parę kurek na jaja, a jak kura złamała nogę, to robiło się rosół. Obejścia pilnował pies, a  w stajni były też koty, aby nie rozpanoszyły się myszy.

         Miałam dużo koleżanek, z którymi przesiadywałyśmy wieczorami, uczyłyśmy się tańczyć, opowiadałyśmy sobie różne historie. Co niedziela chodziliśmy wszyscy do kościoła na Kramarzówce. Organizowano kursy  czytania i pisania po domach. Kto umiał, to uczył tych, co nie umieli.

Kiedy wybuchła wojna, miałam 8 lat. Bałam się okropnie. Słysząc przelatujące samoloty, odgłosy wystrzałów byłam jak sparaliżowana ze strachu. Początkowo o działaniach wojennych ludzie  we wiosce tylko rozmawiali, bo do nas front jeszcze nie dotarł. Z biegiem czasu walki zaczęły się zbliżać i do nas. Przez wioskę zaczęły się przemarsze wojsk. Wojska sowieckie konno i czołgami szły na Berlin.  Jako dzieci, bo przecież jeszcze nimi byliśmy, zaciekawieni staliśmy gromadami i przyglądaliśmy się żołnierzom. Zagadywali oni do nas, pytali starszych o drogę na Berlin. Po przemarszu trochę się uspokoiło. Gospodarze zaczęli jesienne prace polowe. Trzeba było zebrać plony z pól. Zimy były srogie. Wieści z frontu były takie, że zbliżało się wojsko niemieckie w nasze okolice. Aż wreszcie któregoś dnia wjechali do wioski. Stacjonowali oni w domu, który kiedyś  służył przyjezdnym letnikom. Dom był duży i pomieścił sporo żołnierzy. Zajęli oni również kościół  w Kramarzówce.

Gdy miałam 13 lat dostałam się na służbę do Niemca, aby uniknąć wywózki. Rano musiałam wstać, napalić pod kuchnią i w piecach, szorować podłogi, pomagać w stajni, nakręcić wody ze studni, pozmywać naczynia i cały dzień nie było chwili wytchnienia. Józef Sosnowski, u którego służyłam, ożenił się z wdową z synem i mieli jeszcze trzy córki. Mieszkali w Hawłowicach. Byłam sama na służbie, z innymi Polakami nie miałam kontaktu. Spałam w kuchni na starej pryczy  przykryta starymi kocami. Za pracę nic nie dostawałam. Rodzina sobie dogadzała, bo hodowali krowy, konie, świnie, drób. Jak wkroczyli sowieccy żołnierze, to nie odczuwałam strachu. Wiedziałam, że gorzej chyba już być nie może. Uciekłam sama do domu.

Żołnierze niemieccy na wyżywienie wojska  grabili okoliczne domy. Zabierali ostatki zboża, bydło. Nam też zabrali jedyną krowę. Kto coś chował, musiał  liczyć się z tym, że w każdej chwili mogli przyjść  żołnierze i to zarekwirować bez prawa sprzeciwu.  Nic nie można było zrobić, bo każdy opór mógł skończyć się wywiezieniem lub śmiercią. Pewnego zimowego dnia ojciec dostał pismo, aby dostarczyć krowę do jakiegoś punktu bez prawa sprzeciwu do trzech dni. Musiał odegnać ją z bratem. Czasy były bardzo ciężkie i nie można było wyżywić naszej gromadki, więc jako najstarszą z rodzeństwa oddano mnie na służbę do Niemca, ale tym sposobem obroniono mnie przed wywózka na przymusowe roboty do Rzeszy. U Niemca ciężko pracowałam od rana do nocy. Był on człowiekiem nie mającym litości dla służby, którą musiałam pełnić. Wymagał ode mnie bardzo dużo, a nie zaspokajał moich potrzeb. Chodziłam głodna, zmarznięta. Przepracowałam u niego około 2 lata.

Front zaczął się zmieniać. Niemcy zaczęli spodziewać się sowieckich  żołnierzy i grupowali się, aby uciekać przed nimi. Przy wkroczeniu rosyjskich żołnierzy, ja korzystając z okazji, że trwało zamieszanie, uciekłam ze służby  u Niemca  , bo już dłużej nie dawałam rady. Przed wiosną, boso przemierzałam po błocie i rozmarzniętym śniegu przez trzy wioski do rodzinnego domu. Nadchodził  koniec wojny i wtedy już, co się posiało czy wyhodowało, zostawało dla rodziny i już nie musieliśmy się dzielić z żołnierzami.

 

KATEGORIA GIMNAZJUM

 

Dec Gabriela

Gimnazjum w Krzywczy

I miejsce

 

„To, co pamięć ogarnęła”

        Okrutnych czasów II wojny światowej chyba nikt nie wspomina dobrze. Z dniem 1 września 1939 roku już nikt nie mógł poczuć się bezpiecznie. Nastały ciężkie czasy wojny i okrucieństwa. Ciągłe walki o przetrwanie, dzielenie się jedzeniem, którego często w ogóle brakowało, szukanie bezpiecznego schronienia, częste wysiedlenia całych rodzin na Syberię, masowe wywózki do obozów pracy stały się koszmarem społeczeństwa polskiego i nie tylko.

        Z opowieści siostry mojego dziadka - Janiny Wanat dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat mojej rodziny w czasie II wojny światowej. Sama urodziła się w 1932 roku, a więc miała zaledwie 7 lat kiedy rozpoczął się ten trwający 6 lat koszmar i niewiele pamięta. Jednak jej ojciec, czyli mój pradziadek – Józef Bryliński brał udział w wojnie, z której wrócił i wszystko jej opowiedział.

        Była zima, rok 1944, pradziadek sam zgłosił gotowość do walki i udał się na zbiórkę do Przemyśla na ulicę 3 maja. W jednej chwili zmienił się cały jego świat. W oka mgnieniu ze zwyczajnego mężczyzny, głowy rodziny musiał stać się zawodowym żołnierzem wytrzymałym na wszystkie przeciwności losu. W domu zostawił swoją żonę i 6 dzieci. Ciocia nie ukrywała, że nieraz przychodziły myśli iż widzieli ojca po raz ostatni i pocieszała ich tylko myśl, że jest to w obronie ojczyzny i że nic nie jest jeszcze przesądzone. Modlili się za jego szczęśliwy powrót do domu, mieli ogromną nadzieję i głęboko w to wierzyli.

        Z ulicy 3 maja pieszo szli do Warszawy. Jest to dystans około 300 km w linii prostej. Gdy dodamy do tego okrutne warunki zimy – zimno, doskwierający mróz, przeszywający wiatr, głód i myśl, że być może idą na śmierć wychodzi nam coś okropnego i niewyobrażalnego dla ludzi z naszego pokolenia, co trudno sobie nawet wyobrazić. Ale tak było naprawdę. Gdy doszli do Warszawy i ją zdobyli dalej wędrowali w kierunku Berlina. Słabsi nie dotarli do niego, a niektórzy nawet nie walczyli w obronie stolicy. Po drodze widzieli uciekających ludzi, przerażonych, wystraszonych, i niepewnych własnego losu. Zostawiali swoje domy i całe majątki, ratowali swoje życie. Żołnierze nieraz zatrzymywali się na krótki odpoczynek, aby zaraz wyruszyć dalej. Zajmowali pozostawione w panice obce domy i chowali się w piwnicach. Pradziadek opowiadał, że niekiedy nawet obiad gotował się jeszcze na kuchni. Jednak go nie jedli bo bali się, że będzie zatruty. Nieraz spali też w lesie. Często mieli mokre ubrania, bo aby skrócić drogę przechodzili przez rzekę. Zniknął wstyd, wszyscy walczący stali się prototypem rodziny, małą wspólnotą. Krótki sen i znikoma ilość pożywienia musiały wystarczyć i dostarczyć potrzebną energię na dalszą drogę.

        W Berlinie panowała podobna sytuacja. Ludzie także bali się wojny i emigrowali. Pradziadek mówił, a właściwie trochę się chwalił, że jako pierwszy zawiesił polską flagę na słynnej Bramie Brandenburskiej. I trudno się dziwić, w końcu miał czym. Przecież ryzykował swoje życie. Trwały walki. Oddział z Przemyśla okopał się na niemieckim cmentarzu i stamtąd zadawał ciosy. Nikt się nikim nie przejmował. Niemcy strzelali do nich, byli bezlitośni. Niektórzy ze strachu o własne życie otwierali trumny i wchodzili do nich, aby tylko przeżyć. Jak bardzo trzeba być zdesperowanym a zarazem odważnym żeby zrobić coś takiego.

        Na terenach gdzie obecnie mieszkamy, na ziemi przemyskiej również toczyła się wojna. Moja prababcia - Józefa Brylińska, żona pradziadka została sama z dziećmi. Pewnego razu miała ugotować zupę i chciała wyjść z domu po wodę. W tym samym czasie Sowieci rzucili w niedalekie okolice bombę. Ciocia Janina doskonale to pamięta mimo iż była tak mała. Opowiada, że szyby wyleciały z okien, a obrazy spadały ze ścian. Gdyby prababcia rzeczywiście wyszła wtedy z domu prawdopodobnie zginęłaby na miejscu.

        Pradziadek na wojnie był aż do 1946 roku. Walczył jeszcze w okolicach Nysy Łużyckiej, po czym został przeniesiony do Bielsko Białej gdzie był 3 miesiące. Po tym wszystkim, po 2 latach morderczej walki, strachu o własne życie wrócił do domu w roku 1946.

        Jego poświęcenie i trud nie poszły jednak na marne. Został uhonorowany 7 medalami, a w tym Krzyżem Walecznym. Na wszystkie odznaczenia miał legitymacje,  jak to w tamtych czasach było. Te medale miał w domu, jednak kiedyś pewien nauczyciel pożyczył je, aby pokazać dzieciom w szkole i słuch o nich zaginął. Pradziadek Józef miał dużo szczęścia, ponieważ oprócz ogólnego wycieńczenia i osłabienia organizmu oraz siniaków, zadrapań i niegroźnych ran nic mu się nie stało. Inni członkowie mojej rodziny również byli na wojnie, jednak nie mieli tyle szczęścia. Pradziadka kuzyn – Jan Bryliński wrócił do domu z pamiątką tkwiącą niedaleko małżowiny usznej, a mianowicie kulą z pistoletu, którą nosił do końca życia.  Natomiast drugi kuzyn – Władysław Bryliński chodził o kulach.

        Ciocia wspomina, że gdy pojechali na wycieczkę do Koszalina, pradziadek w czasie drogi wspominał i pokazywał miejsca, w których stał z karabinem RKM w ręku. Pamiętał również o tych, którzy mieli mniej szczęścia od niego i zginęli podczas walki. To świadczy o tym, jak wielkie piętno wywarła na nim II wojna światowa.

        I oto cała historia mojego pradziadka – Józefa Brylińskiego, który dla mnie osobiście jest małym bohaterem. I chociaż go nie znałam to podziwiam go za to co zrobił, abyśmy mogli żyć w wolnej i niepodległej Polsce. Jestem dumna i szczęśliwa, że mam taką rodzinę i bardzo ją kocham. Dalsze losy będę pisać ja, swoim życiem i postępowaniem.

 

Leszczuch Natalia

Gimnazjum w Krzywczy

II miejsce

 

,,Wojna, to było coś strasznego… każdy dzień to strach o przyszłość swoją i rodziny. ” – tak o II wojnie światowej mówi moja prababcia Joanna Leszczuch.

1 września 1939 r. wojska niemieckie przekroczyły granice Rzeczypospolitej, rozpoczynając pierwsza kampanię II wojny światowej. Gdy 17 września na teren Polski wkroczyły oddziały Armii Czerwonej moja prababcia miała 17 lat, mieszkała wtedy razem z tatą i trzema braćmi na Zalesiu. Początkowo nie zdawała sobie sprawy z rozpoczynającej się wojny. Świadomość o tym jak duże jest zagrożenie dotarła do niej dopiero po tym, jak jej rodzina z Dybawki została wysiedlona i przeniesiona również na Zalesie. Jednak i tym razem dom, w którym mieszkała został rozebrany przez Rosjan, dlatego zamieszkała razem z  moją prababcią. Niedługo po rozpoczęciu wojny jej tato został wcielony do armii i pozostawił samych w domu kilkoro dzieci.

Dla Joanny był to bardzo ciężki czas, mała drewniana chata, jeszcze sprzed I wojny światowej nie mogła pomieścić dzieci z dwóch rodzin. Aby zarobić na jakąkolwiek żywność zbierała kwiaty a zrobione z nich bukiety sprzedawała w Przemyślu. Prababcia często obserwowała z ukrycia jak ważniejsze osoby z wioski były zabierane przez grupy oficerów ZSRR i nigdy już nie wracały. Bardzo pamiętnym wspomnieniem jest to gdy w okolicy wsi zatrzymywały się pociągi z ludźmi wiezionymi na Sybir. Gdy tylko była taka możliwość to ludzie z okolicznych wiosek przynosili placki chlebowe i rzucali do wagonów. Prababcia wspomina też jak wielu żydów mieszkało w okolicach przemyśla przed wojną, zajmowali oni nawet stanowiska w sądach czy urzędach, byli też tacy którzy posiadali własne sklepy lub handlowali mięsem cielęcym. Jednak po rozpoczęciu wojny większość z nich uciekła, lub została zesłana do getta. Niektórzy ludzie przetrzymywali żydów w swoich domach, jednak było to bardzo ryzykowne, gdyż za jakąkolwiek pomoc można było ponieść surową karę, nawet śmierci.

Po kilku miesiącach od rozpoczęcia wojny prababcia z całą rodziną przeniosła się w okolice Łańcuta.  Jak sama wspomina zabrane zostały tylko krowy, a najpotrzebniejsze rzeczy spakowano na wóz. W Łańcucie rodzina otrzymała pożydowski dom, gdzie mieszkała kilka miesięcy. Był on bardzo zniszczony przez wojnę a cały dach pokryty był dziurami. Po pewnym czasie prababcia razem ze swoim mężem Bazylim i dziećmi przeniosła się na Dybawkę. Warunki zaraz po przeprowadzce były bardzo trudne, dodatkowo Bazyli zachorował na zapalenie płuc. Z uwagi na szybkie tępo przeprowadzki w nowym miejscu zamieszkania nie było postawionego domu. Dlatego prababcia razem z mężem wybudowali z gałęzi prowizoryczną szopę ,gdzie przebywali do czasu postawienia trwalszego domu, który stoi tam do dziś.

Życie w wielu wioskach było bardzo trudne, jeżeli w jakiejś zastrzelono Niemca to za karę mordowano całą ludność wsi. Prababcia z bólem do dziś wspomina jak brutalnie został zabity  jeden z mężczyzn pilnujących  szopy ze zbożem, jego ciało było przeciągnięte wokół szopy. Tragiczne było również to, że ludziom zabierano dzieci aby mieć z czego pozyskać krew dla rannych niemieckich żołnierzy. Często zdesperowani rodzice oddawali swoje pieniądze aby móc je wykupić.

 Najgorsze dla Joanny były jednak czasy, gdy na wioski napadali banderowcy, często w nocy musiała chować się w zaroślach, lub stale czuwać aby nie zostać przez nich zaskoczona. Jednym z wspomnień  jest to gdy pewien mężczyzna z wioski poszedł do lasu, gdzie ukrywali się banderowcy po drzewo i został tam zabity. Bardzo przerażająca dla prababci była chwila gdy pewnego ranka do jej domu zapukali banderowcy. Zażądali by ta pokazała im gdzie jest trzymane bydło. Gdy odmówiła jeden z napastników przystawił jej pistolet do czoła i zagroził, że ją zabije. Wtedy Joanna pokazała im gdzie jest stajnia, a ci zabrali jej krowę.

W ten sposób moja prababcia zapamiętała ciężkie czasy wojny. Wielokrotnie wspominała o tym jak trudno było zagwarantować sobie bezpieczeństwo. Ciągłe przeprowadzki były nie tylko dużym wysiłkiem fizycznym ale również psychicznym.

Niektórzy ludzie woleli umrzeć niż cierpieć patrząc na śmierć swoich bliskich.

 

Wanat Arkadiusz

Gimnazum w Krzywczy

III miejsce

 

Wspomnienia z II wojny światowej moich pradziadków spisane zostaną na podstawie wspomnień przekazanych mojej rodzinie oraz listów jakie wysyłali do siebie Jan i Maria w czasie wojny.

Historię moich przodków można było by opisać mianem pięknej miłości w podłych czasach II wojny światowej. Niedługo przed jej wybuchem w roku 1939 mój pradziadek Jan Amarowicz poślubia Marię Uszkiewicz. Od tego czasu 29. letni Jan żyje w związku małżeńskim z młodą Marią, zamieszkując przedwojenny Krasiczyn. Uczucie, jakie ich łączyło było i jest do dzisiaj dla naszej rodziny przykładem prawdziwej, wiernej i oddanej miłości.

1.września 1939roku wybucha II wojna światowa. Miłość w tym okresie jest nie lada wyzwaniem. Mężczyźni szli do wojska, aby bronić swojej ojczyzny, pozostawiając przy tym swoje rodziny w wioskach. Tak było również z moim pradziadkiem. W 1931 roku dostaje się do 10 Pułku Artylerii Ciężkiej stacjonującej w Pikulicach i obejmuje stanowisko kaprala.

Niesprzyjająca sytuacja wybuchu wojny sprawia, że Jan wraz z innymi patriotami walczącymi w obronie kraju, 18.Września 1939 roku trafiają do obozu jenieckiego Stal. XVII.A na Węgrzech. Otrzymuje tam numer 159. 15.Listopada 1939 roku zostaje przeniesiony do obozu pracy w Niemczech. Od 01 kwietnia 1942 roku pracuje, jako robotnik rolny u pewnego Ottona w Blankenloch.

Losy jego małżonki również zaczynają się komplikować, w wyniku tworzenia linii Mołotowa, w 1940 roku Maria wraz z rodziną i innymi mieszkańcami wsi zostają wysiedleni, i przewiezieni do Wołyńa. Mieszkańcy zabierali z domów najcenniejsze dla nich rzeczy. Maria wraz z rodziną otrzymują kwaterę, najprawdopodobniej pozostawioną przez mieszkających tam niegdyś Żydów. Dwa lata spędzone na wygnaniu nie zniechęciły rodziny do powrotu na swoją małą ojczyznę. W 1942 nadarza się właśnie taka okazja do powrotu, wskutek ataku wojsk niemieckie na terytoria ZSRR. Od tej pory rodzina zaczyna swoją długą podróż powrotu do Krasiczyna. Głównie podróżowali pieszo.

Po przybyciu do Krasiczyna nie rozpoznali swojego miasteczka, zniszczone domy , brak miejsc w których można było by się schronić .

W ostateczności Maria zamieszkała wraz z matką i siostrą w Gródku. W momencie pracy Jana w Niemczech wysyłane pomiędzy nim a Marią listy opisują wielką tęsknotę, spowodowaną brakiem swojego współmałżonka.

01.Listopada 1945 roku obóz pracy, w którym przebywał Jan zostaje wyzwolony, dzięki wojskom alianckim. Tuż po opuszczeniu obozy zostaje on Sierżantem w Polskiej Kampanii Wartowniczej, numer jednostki: 4254.Jednak do polski powrócił dopiero 17. Kwietnia 1946 roku.

Spotkanie małżonków było jednym z najszczęśliwszych dni w ich życiu. Zamieszkali razem i mieli czwórkę kochających ich dzieci. Jan zmarł w 1956 roku.

SZKOŁY PONADGIMNAZJALNE

KuźbidaAleksandra

I miejsce

Był wtedy wczesny poranek. Słońce wąskimi strugami przebijało się przez mgliste powietrze ocieplając szarą zazwyczaj scenerię. Wiatr dął w nieszczelne i tak okna, a wszyscy których mijałem po drodze mieli nieobecny lub wyrażający przerażenie wyraz twarzy. Byłem w sowieckim obozie.  
        Powietrze było stosunkowo chłodne, a kiszki donośnie grały dają w ten sposób znać o doskwierającym głodzie. Szedłem w miarę swobodnym krokiem, lecz mimo tego uważnie lustrowałem wzrokiem otoczenie, ponieważ miałem nadzieję że nie spotkam wielu strażników.
Gdy przechodziłem nieopodal miejsca, w którym to wyrzucano odpady z posiłków dostrzegłem mężczyznę. Był to ubrany w szary, podobny do ubrań reszty obozowiczów strój, widocznie wychudzony człowiek średniego wzrostu. Wzrok miał  i krążył nerwowo. Widocznie żebrał jedzenia. Po pewnej chwili nieznajomy wykonał gest, a mianowicie schylił się po trochę odpadów, by prawdopodobnie się nimi pożywić.
        Okazało się po chwili, że nie tylko ja obserwowałem całą scenę – zauważył to też jeden ze strażników, których było tu zresztą w nadmiarze. Z pokerowo kamienną twarzą i długim, groźnie wyglądającym karabinem podszedł ku mężczyźnie, po czym bez słowa ostrzeżenia zdzielił go brutalnie kolbą broni.
     -  Nie wolno ci tego ruszać! - krzyknął po rosyjsku. - To państwowe! - Huknął Rosjanin obdarzając owego człowieka ostrym, pełnym pogardy spojrzeniem, który to odszedł pośpiesznie przy tym niespokojnie spoglądając za siebie.
        Spoglądałem z pewnej odległości na całe to zajście i żal mi się zrobiło tego faceta. Jednocześnie poczułem nieprzyjemny uścisk w gardle, ponieważ mnie również zdarzało się wykradać ziemniaki, lub inne tego typu rzeczy, którymi można było jakoś zaspokoić głód.
Lekko obleciał mnie strach więc przyspieszyłem stanowczo krok. Później spotkałem się jeszcze z kilkoma takimi sytuacjami, raz nawet miałem pecha, gdy przyłapano mnie na zabraniu kilku ziemniaków, co sprawiło że z obawy o życie zaniechałem już tego typu działań.
  Innym razem, nie wiem dokładnie jaki był to dzień tygodnia musiałem udać się na obowiązkowe zebranie, które organizowane były co tydzień. Poszedłem więc wraz z moją mamą na jedno z owych zgromadzeń. Na miejscu było już dużo z osób przebywających tu przymusowo, jak również było sporo osób mówiących w języku rosyjskim. Gawędzili oni między sobą po czym rozpoczęli długie przemówienie, z którego zrozumiałem mniej więcej tyle, że mamy nie myśleć o Polsce, że już wszystko dla nas stracone. Nie były to optymistyczne słowa. Podczas tego jak mówili zacząłem się zastanawiać co się tak naprawdę z nami stanie. Trudno było żyć w tych warunkach. Czy będziemy musieli zostać tu na dłużej, a co jeśli okaże się, że może nawet do końca naszego życia? Nie rozumiałem z tych zebrań dużo, zresztą jako chłopiec nie mogłem wiele rozumieć i nikt tego ode mnie nie oczekiwał . Podczas jednego z nich nasi agresorzy naśmiewając się z Polaków powiedział do mnie po rosyjsku „Tak zobaczysz Polskę jak swoje ucho”. Po czym roześmiał się nieprzyjemnie i zlustrował mnie obojętnym spojrzeniem, tak jakbym był tylko jakimś pomiotem, czymś nieistotnym, co nie zasługuje na większą uwagę.  
        I tak po sześciu latach wróciłem do Polski w rodzinne strony, choć nie bezpośrednio do miejscowości w której żyłem przed wysiedleniem. Stało się o za sprawą mojego ojca, który po służbie w Armii Kościuszkowskiej przybył w te strony, ściągając nas później również. Ta noc, podczas której przybyliśmy tutaj, była niczym scena wycięta prosto z koszmaru. W ten czas bowiem Krzywcza była w płomieniach, więc niebezpiecznie było nie tylko w samej miejscowości lecz i także tu na Woli Krzywieckiej, gdzie znajdowała się nasza rodzina i w innych okolicach.
        Minęły ciężkie dni, minęło po pewnym czasie niebezpieczeństwo i niepokój wywołany przez wydarzenia z tamtego okresu. Części osób udało się, tak jak mi, powrócić, a część nie miała szansy na powrót nigdy. Trzeba żyć, oraz mieć nadzieję, że czas, gdy człowiek na człowieka patrzył i traktował go z taką pogardą i nienawiścią, czas gdy ludzie ginęli z głodu i zmęczenia z daleka od swych domów, a czasem i od swych bliskich, już nigdy nie powróci.

 

Sosa Magdalena

Uczennica Liceum Ogólnokształcącego

II miejsce

 

Lata 1939-1945 to czasy II wojny światowej. Opanowała ona również tereny gminy Krzywcza. Podczas walk zginęło wielu ludzi aby nasze pokolenie mogło żyć w wolnym kraju. A jak wówczas wyglądało codzienne życie zwykłych ludzi?

Głód, bieda i strach o jutro, to codzienność wojenna. Rozdzielone rodziny, bo mężczyźni (ojcowie, synowie) szli walczyć. Matki z trudem wiązały koniec z końcem i robiły co mogły aby z tego, co jest w domu, ugotować jakiś posiłek dla dzieci. One natomiast aby nie chodzić głodne zrywały różne owce np. czereśnie, śliwki itp. Pasąc krowy, należało chować je po różnych krzakach i drzewach aby nie porwały je obce wojska, a były one jednymi z niewielu rzeczy,z których można było coś ugotować.

   Skąd mieszkańcy naszej małej ojczyzny dowiedzieli się o wojnie? Przez jedyne wówczas radio w Babicach. Ludzie zbierali się tam, aby posłuchać wiadomości ze świata. Wtedy jak grom z jasnego nieba padły przez szumiący głośnik słowa: "Dnia 1 września wybuchła wojna." W ludziach z pewnością nastało przerażenie i myśl: "Co teraz? Jak będziemy żyć?" Mimo wszystko trzeba było przezwyciężyć strach i poradzić sobie z tą nową sytuacją. Każdy chciał przeżyć.

   Dodatkowym przeżyciem dla mieszkańców było to, że w czasie mszy św. przybyli żołnierze informując, że wojska niemieckie znajdują się już w Dubiecku. Mieszkańcy byli wystraszeni,bali się, iż dojdzie u nas do walk, starali się pomóc żołnierzom, jak umieli. W tym celu pomagali w tworzeniu tzw. drewnianej zapory, która była tworzona nad babickim tunelem. Proboszczem naszej, babickiej parafii był Wojciech Prugar- stryj generała Bronisława Prugara -Ketlinga. Poprosił on swojego bratanka, aby jeśli to możliwe, przenieść walki z Babic, ponieważ są najbardziej zaludnione i to dużymi stratami wśród ludności cywilnej. Generał posłuchał stryja i przeniósł walki na wzgórza krzywieckie.

    Mieszkańcy każdego dnia bali się o swoje życie. Często dochodziło do wymiany ognia. Opuszczenie bezpiecznego schronienia groziło utratą życia lub trwałym kalectwem.

   Dzieci były pozbawione dzieciństwa, jedynym ich wspomnieniem jest strach. Wydaje się, że takie małe dzieci nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji. Tak mogło być, lecz patrząc na swoich rodziców podzielały nieświadomie ich emocje.

    Jak wyglądała nauka w tamtych czasach? Babicka szkoła została zamieniona na szpital dla rannych. Nauka odbywała się w domach nauczycieli, a kończyła sie wydaniem świadectwa. Co ciekawe, świadectwo było wydawane w języku polskim i niemieckim. Kształcenie podstawowe kończyło się na IV klasie.    

     Którzy żołnierze byli lepsi a którzy gorsi? Zdania mieszkańców Babic, pamiętających II wojnę światową, są podzielone. Według nich zależało to od indywidualnego człowieka. Z opowiadań jednej kobiety wynika, że gdy ojciec jakieś rodziny schował przed żołnierzami rosyjskimi zboże dla dzieci a oni to odkryli zboże zabrali a mężczyznę zamordowali.

    Wojna skończyła się w roku 1945.  Ludzie długo powracali do normalności. Niektórzy mieszkańcy stracili swoich najbliższych, niektórzy byli ranni po walkach. Życie już nie takie samo. Zostały trudne wspomnienia. Przypuśćmy, że my, młodzi, znaleźlibyśmy się w takiej sytuacji. Jak poradzilibyśmy sobie teraz.

 

Katarzyna Ochyra

studentka III roku Bezpieczeństwa Wewnętrznego

Ruszelczyce 2015

III miejsce

 

Wstęp

Jako że od 22 lat jestem mieszkanką jednej z miejscowości Gminy Krzywcza, jaką są Ruszelczyce, to swoją pracę na temat II wojny światowej poświęcam właśnie losom wojennym tej wsi.

Ruszelczyce to  jedna z najstarszych miejscowości na terenie gminy Krzywcza. Położona w województwie Podkarpackim, w powiecie przemyskim.  Podczas badań archeologicznych w roku 1975 zlokalizowano tam pięć stanowisk, na których odnaleziono ślady osadnictwa z okresu prahistorycznego oraz okresu wpływów rzymskich1. Na terenie "Gazonu" zlokalizowano resztki wałów ziemnych, które mogą być pozostałością po dawnym dworze obronnym ( w późniejszych czasach dwór przeniesiono nieco niżej). Odnaleziono tam również kilka skorup prahistorycznych. Co do nazwy, to prawdopodobnie pochodzi ona od ukraińskiego słowa "rusło", oznaczającego koryto rzeki. Kilkaset lat temu nurt Sanu miał bieg zupełnie inny niż dziś. Do pozostałości, które możemy zobaczyć obecnie, należy staw na Międzyłużu oraz mokradła na tzw. Granicy, czyli po drugiej stronie szosy. W okolicy Ruszelczyc San dzielił się na dwie odnogi, które łączyły się w pobliżu Kupnej. Po tych przesunięciach Sanu pozostały starorzecza, co prawdopodobnie przyczyniło się do powstania nazwy tej miejscowości. Niektórzy twierdzą, że rubaszną nazwę miejscowości wymyślił znany komediopisarz Aleksander Fredro, jeżdżąc z Przemyśla do Nienadowej. Jest to tylko śmieszna opowiastka, gdyż miejscowość posiada metrykę średniowieczną - Rusielczycze w 1398, a Ruszielczycze w 1486 r.Ruszelczyce była to wieś królewska, później prywatna wzmiankowana w 1389 w nadaniu Władysława Jagiełły dla Piotra Kmity. W 1398 należały do braci Jana i Szymona synów Dziersława z Brześcia i wchodziły w skład uposażenia krzywieckiej parafii. Następnie około roku 1446 kupił Ruszelczyce Rafał z Krzywczy . Od 1508 wieś weszła w skład klucza bachowskiego i przez 63 lata oddawała dziesięcinę oszacowaną na 100 florenów do kościoła w Babicach. W roku 1707  Ruszelczyce miały trzech właścicieli. Byli to: Adam Górski z Przyborowa wraz z żoną Joanną Górską Makowiecką - dziedzice całych Ruszelczyc oraz Kazimierz Korabiowski właściciel samej wsi i Franciszek Śliżowski - dziedzic części ziem. Wtedy to znowu dziesięciny były oddawane do Babic. Powodem takiej sytuacji było położenie miejscowości na granicy między ziemią przemyską z miasteczkiem Krzywcza a sanocką z miasteczkiem Babice. Przez dłuższą część swojej historii Ruszelczyce należały do klucza bachowskiego. W 1880  były własnością Stanisława hr. Konarskiego . Ostatnimi właścicielami wsi byli Romanowscy. Podobno w miejscowości znajduje się średniowieczny kopiec sygnalizacyjny. Istniała tu w XVIII w. parafia greckokatolicka pod wezwaniem Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, następnie filia parafii w Krzywczy (1805 r.) i Skopowie (1845 r.). Cerkiew po 1962 popadła w ruinę i została rozebrana. Naprzeciw przystanku PKS znajduje się cmentarz greckokatolicki. Staraniem gminy i obszaru dworskiego w Ruszelczycach z dniem 1 września 1904 utworzono szkołę jednoklasową. Wcześniej dzieci uczęszczały do szkoły dwuklasowej w Krzywczy. Obecnie w miejscowości funkcjonuje Szkoła Podstawowa do VI klasy. W 1880 r. wieś liczyła 103 domy z 662 osobami ( 430 grek., 162 rzym., 70 mojż.), a w 1921 r. 140 domów z 782 mieszkańcami (469 grek., 287 rzym., 26 mojż. ). Na terenie "Gazonu" zachował się budynek niemieckiej straży granicznej z okresu II wojny światowej. Budynek drewniany na betonowym podpiwniczeniu ma po bokach dwie kamienne kaponierki ze strzelnicami. Po wojnie używany był jako Izba Porodowa, Dom Pogodnej Starości, a obecnie jako Ośrodek Wypoczynkowy ZHP.

I. Ruszelczyce podczas II wojny światowej

Od września 1939 r. minęło 76 lat. Odchodzi pokolenie, które było bezpośrednim świadkiem tamtych tragicznych wydarzeń. Czas zaciera pamięć o ludziach i ich tragicznych wojennych przeżyciach. Dzisiaj wokół nas toczy się zwyczajne życie. Ludzie zajęci są swoimi radościami, problemami i bolączkami. Nasuwa się spostrzeżenie jak wiele dało by tamto wojenne pokolenie, które przeżyło gehennę aby wówczas mogło mieć jedynie takie problemy … Ku przestrodze w przyszłości należy przestrzegać czym kończy się dla społeczeństwa brak pokoju i wolnego państwa. Jakie są tego konsekwencje.  Wrzesień 1939  wyrwał pokolenia tamtych czasów ze swoich planów, dążeń, marzeń. Wywrócił i starł je w pył. Ówczesne pokolenie zdało swój egzamin dojrzałości, stanęło na wysokości zadania, wspięło się na wyżyny szlachetności nie szczędząc życia, krwi, męstwa, odwagi. We wrześniu 1939 r. wobec miażdżącej przewagi agresorów najpierw hitlerowskich Niemiec, potem ZSRR skapitulowaliśmy. Jednak podczas tego września nie brakowało zwycięskich potyczek i bitew, które dowodzą niezwykłej wierności ojczyźnie i odwadze. Takim przykładem jest bitwa pod Krzywczą, która miała miejsce w dniu 13 września 1939 r. Bitwa ta jest dobrze opisana w literaturze fachowej, znana pasjonatom historii i wojskowości, jednak społeczeństwo, w tym młodzież mało o niej wie.  

II wojna światowa miejscowość Ruszelczyce dotknęła podczas Bitwy Krzywieckiej, która miała miejsce 13 września 1939r. To właśnie wtedy, Ruszelczyce miały swój udział w wojnie, poprzez swoje najbliższe sąsiedztwo z miejscowością Krzywcza. Bitwa Krzywiecka została stoczona przez 11. Karpacką Dywizję Piechoty pod dowództwem płk dypl. Bronisława Prugar- Ketlinga. Był on jednym z kilku najlepiej dowodzących wielkimi jednostkami oficerów, obok gen. bryg. Wincentego Kowalskiego (1 Dywizja Piechoty Legionów) oraz pułkowników Adama Eplera (60 Dywizja Piechoty), Stanisława Maczka (10.Brygada Kawalerii Zmotoryzowanej) czy Juliana Filipowicza (Wołyńska Brygada Kawalerii). 11. Dywizja Piechoty przeznaczona była początkowo jako drugorzutowa dla Armii „Kraków”. Ostatecznie trafiła osłabiona w transportach o 1/3 siły do organizowanej naprędce armii „Karpaty”. Pomimo wszelkich przeciwności losu Dywizja przeszła cały szlak bojowy rozpoczęty od Bochni zapisując się do jednej z najbardziej chlubnych kart historii Kampanii 1939 r. W dniach 15, 16 września pod Jaworowem i Janowem przeprowadziła nocne uderzenie na rozłożoną na popas niemiecką jednostkę ( wydzielony oddział wyborowego pułku zmotoryzowanego SS-Standarte „Germania”), która została rozbita. 
Później 11. Dywizja przebijała się dalej do Lwowa, gdzie dotarła jednak ostatecznie tylko jej czołóka-100 ludzi Sam Prugar, który nie zdołał już wkroczyć do „Wiernego Miasta” i uniknął przez to losu swych kolegów, którzy trafili do Kozielska i Katynia, podążył na południe do Rumuni, a potem do Francji i Szwajcarii. Tak opisuje bitwę w Krzywczy w swej książce : „Aby dochować wierności” sam Bronisław Prugar -Ketling.3[...] ” Licząc się z dużym prawdopodobieństwem natarcia niemieckiego w dniu 13 września, nakazałem zaciągnięcie pozycji obronnej na masywie górskim leżącym na wschód od Krzywczy w ten sposób, że ośrodek centralnego oporu umieściłem na wzniesieniu 355, południową flankę oparłem na znacznej głębokości o rzekę San, zaś północną o duży kompleks leśny. Miasteczko Krzywcza, oraz wsie Wola Krzywiecka   i Średnia zostały na przedpolu. Doskonałe pod każdym względem punkty obserwacyjne zapewniały niczym nie przesłonięty wgląd w całą dolinę Sanu na odległość 6 km w głąb  i na szosę główną  po wieś Ruszelczyce włącznie. W północnej części odcinka obronnego widoczność była bardziej ograniczona, lecz prawie zupełny brak dróg, mocno pofałdowany i częściowo zalesiony teren nie sprzyjały natarciu błyskawicznemu. O to skrzydło byłem więc spokojny. Po ogólnym rozpoznaniu terenu, wydałem krótki rozkaz, dzieląc obronę na dwa pododcinki: 1. południowy, od Sanu po szosę włącznie. Obsadził go 48. pp organizując się przy szosie w dwóch rzutach i zachowując w odwodzie, za środkiem pierwszego ugrupowania dwie kompanie strzeleckie. Bezpośrednie wsparcie stanowił jeden dyon artylerii lekkiej. 2. północny, od szosy wyłącznie po gajówkę, położoną na brzegu lasu naprzeciw południowego krańca wsi Średnia.
Przedni skraj pozycji przebiegał zewnętrznymi grzbietami masywu 355 i brzegiem lasu dalej ku północy. Objął go 53. pp, zachowując jeden baon w odwodzie za swym lewym skrzydłem. Baon ten mógł być użyty na skrzydle prawym dopiero za moim zezwoleniem. Bezpośrednie wsparcie 53. pp, zapewniała bateria artylerii piechoty  i jedna bateria artylerii lekkiej.
Jako artyleria ogólnego działania, w rękach dowódcy artylerii dywizyjnej pozostał jeden dyon  artylerii lekkiej bez jednej baterii i artyleria ciężka. Do odwodu dywizji przeszedł cały 49. pp, lokując się jednym baonem w Reczpolu, a drugim w lesie na północ od tej miejscowości.
Dowództwo dywizji mieściło się w samotnej karczmie przy szosie, na najwyższym terenowym punkcie. Tabory i kwatera główna odeszły do lasu Weselówka, skąd po południu pociągnęły dalej na Przemyśl. Całkowita organizacja pierwszej linii i gotowość ogniowa artylerii zameldowana została około godz. 11.00. W tym czasie wezwany zostałem do Krasiczyna do dowódcy frontu – gen. Kazimierza Sosnkowskiego4, który dopiero co objąwszy dowództwo, przyleciał samolotem ze Lwowa i zapoznał się ze stanem własnych wojsk oraz ich ogólną sytuacją bojową. Po wysłuchaniu mego sprawozdania generał oświadczył, że  jeszcze 11 września dał rozkaz gen Fabrycemu, aby wykorzystując wysunięte położenie 11. KDP wykonać skrzydłowe uderzenie od północy na siły niemieckie, powstrzymując je z frontu 24.DP i zgrupowaniem płk. Stawarza. Sztab armii ocenił wówczas sytuację tak, że jednostką, która wysuwała się naprzód, podstawiając swą flankę północną 11. KDP była niemiecka dywizja górska....Po otrzymaniu polecenia wycofania się jak najprędzej na Przemyśl, gdyż obecne moje położenie utrudniało dowódcy armii powzięcie jakiegokolwiek planu, wyjechałem z powrotem do dywizji. Nim dostałem się na miejsce, usłyszałem już z daleka silną kanonadę dochodzącą z moich pozycji. Kilka samolotów niemieckich krążyło  nad wzgórzem 355, rozpoznając nieustannie poszczególne gniazda karabinów maszynowych  i stanowiska baterii. Od czasu do czasu zniżały się bezkarnie na wysokość kilkudziesięciu metrów i obrzucały bombami, względnie ostrzeliwały  z broni maszynowej ponętniejsze dla nich cele. Pomyślałem sobie od razu, że w takich warunkach wycofanie się natychmiastowe, jak tego żądał gen. Sosnkowski będzie niemożliwe. Zatrzymałem się na chwilę przy mp dowództwa dywizji, gdzie mnie krótko poinformowano, że Niemcy podeszli pod Krzywczę   i montują natarcie. Droga na Babice przepełniona jest oddziałami zmotoryzowanymi, po których bębni nasza artyleria. Podjechałem więc dalej ku przodowi na punkt obserwacyjny, gdzie powitały mnie rozradowane twarze artylerzystów płk Gruińskiego i ppłk Obtułowicza.  Meldują o wykonaniu kilku skutecznych nawał ogniowych na kolumny nieprzyjaciela posuwające się po szosie i w dolinie Sanu. Nawały te, będące pełnym zaskoczeniem dla wroga, musiały mu żądać ciężkie straty  tak w ludziach, jak i w sprzęcie i materiale. Obecnie świeże siły niemieckie podchodzą już bardzo ostrożnie ku wsi Ruszelczyce  gdzie prawdopodobnie grupują się do natarcia.  Za chwilę odezwały się działa nieprzyjaciela, ostrzeliwując przedni skraj naszej pozycji, punkty obserwacyjne oraz stanowiska ogniowe niektórych baterii, prawdopodobnie wykrytych przez lotnika. Ogień ich staje się coraz celniejszy i coraz bardziej intensywny5.  Ginie kilku  oficerów i strzelców 48.pp i artylerii. Jeden z granatów trafia punkt obserwacyjny artylerii, pada por. Machowski, dwu podoficerów i dwu telefonistów. Połączenia telefoniczne z kilkoma bateriami zostały przerwane i nie funkcjonują. Dzielnie spisują się telefoniści, naprawiają je szybko w bardzo silnym ogniu. Własna artyleria odpowiada, ale z mniejszym nasileniem ogniowym, oszczędzając amunicję, o którą jest coraz trudniej.  Około godz., 14.00 wyrusza niemieckie natarcie wzdłuż szosy oraz grzbietami i stokami wzgórz, leżącymi od niej na północ. Część piechoty z kilkoma wozami pancernymi posuwa się otwartą doliną nad Sanem. Artyleria nasza bije po tyralierach, rojach i kolumienkach – aż gorąco się robi na widok gęstych i celnych  fontann wytryskujących wśród Niemców. Teraz nie czas myśleć o oszczędnościach: co zginie od pocisków dziś, nie będzie groźne dla nas jutro.  Łańcuchy tyralierskie rzedną, kolumienki kruszą się, roje znikają, ruch słabnie, aż wreszcie zupełnie zamiera na przedpolu Krzywczy, w której dotąd tkwi jeszcze nasza czata. W takich warunkach i w tym tempie nieprędko nas dojdą- pomyślałem sobie i spokojnie wróciłem do mp dowództwa by przygotować rozkazy do nowego odejścia, no i trochę odpocząć.  Nie minęły nawet dwie godziny, gdy na froncie zawrzała znowu ostra walka. Dochodzą meldunki o wznowieniu przez Niemców natarcia. Główny wysiłek daje się zauważyć obecnie wzdłuż Sanu na nasze lewe skrzydło. Od tyłu dochodzą coraz to świeższe i coraz poważniejsze siły. Wzmocniona również została artyleria przeciwnika, która daje się nam mocno we znaki. Ciężkie jej pociski czynią w obrońcach, leżących na zachodnich stokach wzgórz, bardzo gęste wyrwy. Płk Nowak prosi o zezwolenie wycofania czołowych elementów na linię drugiego rzutu, znajdującą się naprzeciw stokach. Znając dobrze z ubiegłej wojny trudności wykonania tak delikatnej operacji w czasie trwającej walki, nie zgodziłem się na tę propozycję- każdy krok w tył, pociąga za sobą nie tylko utratę terenu bronionego, ale i utratę wiary w możliwość dalszego oporu6. Kto zaś przestanie wierzyć w powodzenie, myśli już o przegranej. Dlatego kazałem wytrwać na stanowiskach i gdy zajdzie ku temu gwałtowna potrzeba, przeciw uderzać raczej siłami drugiego rzutu, a pod żadnym warunkiem nie rozpoczynać ruchu wstecz przed załamaniem się nieprzyjacielskiego natarcia.  Decyzja moja okazała się słuszna. Wróg parł z początku z całą siłą i energią nie licząc się ze stratami. Przekonany jednak, że bronimy się uparcie i ogień twardo wytrzymujemy, miękł, tempo ruchu zwalniał, coraz rzadziej do skoku się podrywał, aż przywarł mocno do ziemi. 
Za to na południowej flance, dzięki przybyciu nowych sił z południowego brzegu Sanu, sytuacja pogorszyła się znacznie, a nawet w pewnych momentach stała się krytyczna. Zaalarmowałem cały 49.pp, by go mieć gotowym do przeciwakcji, gdyby obrona 48.pp na tym odcinku nie wytrzymała. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy od mjr Lorenza, dowódcy dyonu lewoskrzydłowego, otrzymałem wiadomość, że skrajna jego bateria, stojąca pod laskiem o 500 m od Sanu, znalazła się w groźnym niebezpieczeństwie. Niemcy przeszli San poza skrzydłem własnej piechoty i zbliżali się do jej stanowisk. Bateria broni się sama strzałami bezpośrednimi i własnymi karabinami maszynowymi, lecz długo nie wytrzyma, pomoc natychmiastowa jest sprawą gwałtowną. Ostatnia kompania z odwodu  48.pp ruszyła do przeciwnatarcia. Na zagrożony odcinek skierowałem jeden baon 49.pp, Zapadał już zmierzch, gdy doszło do starcia wręcz między nacierającymi Niemcami a przeciw uderzającą kompanią polską. Skutek był nadzwyczajny. Niemcy usłyszawszy z bliskiej odległości okrzyk „hurra”  i spostrzegłszy z dużym impetem idących na nich Polaków, nie wytrzymali lubianego przez nas uderzenia na bagnety, zachwiali się z miejsca i poczęli szybko ustępować. Ścigano ich przez pewien czas, a potem ogniem piechoty i artylerii niszczono, dopóki nie znikli z oczu po drugiej stronie Sanu. Sytuacja groźnie zapowiadająca się przed godziną, została uratowana dzięki wybitnej dzielności jednej tylko kompanii odwodu. Angażowanie baonu 49.pp okazało się niepotrzebne; zawróciłem go więc z połowy drogi, wydając jednocześnie zarządzenia do odmarszu na Przemyśl. Czas naglił, a moment do nie spostrzeżonego odskoczenia wydawał się być – w tej chwili – najbardziej odpowiedni. Według wypróbowanych już dawniej zwyczajów, poleciłem pozostawić na dotychczasowych czołowych stanowiskach drobne patrole, które częstym ogniem miały jak najdłużej niepokoić nieprzyjaciela. Artyleria przed opuszczeniem stanowisk miała oddać po kilka strzałów na cele dowolnie wybrane. 49. pp, wysunąwszy jeden baon jako straż przednią, miał rozpocząć natychmiastowy ruch; za nim miał postępować 53. pp z częścią artylerii, a na końcu 48. pp również z artylerią, wyłaniając dość silną straż tylną.

II. Emigrant Majer Wolfman z Ruszelczyc

Ten człowiek, to jeden z tysięcy emigrantów z Polski do Palestyny, którzy przed II wojną światową budowali Izrael, zanim się odrodził. Nie wiadomo, jakie były późniejsze losy Majera Wolfmana. Wszystko, co wiadomo o nim i o jego podróży, wyczytano z jego paszportu. Takich jak on było wielu, ale tak się złożyło, że akurat fragmenty jego życiowej historii trafią na stronę internetową po 79 latach.

Majer Wolfman z Ruszelczyc W latach dwudziestych XX wieku wieś Ruszelczyce liczyła około 140 domów z blisko 800 mieszkańcami (z tej liczby tylko około 30 Żydów). Tu też - we wsi Ruszelczyce - się urodził. Miał wtedy 31 lat, był kawalerem i rolnikiem. Chyba idealny kandydat na imigranta do Palestyny!

 Latem 1935 roku Majer Wolfman otrzymał paszport. Pewnie jego uzyskanie wymagało wcześniejszego wyjazdu do Przemyśla, aby złożyć konieczne dokumenty.  Emigrancki paszport jest ważny na jednorazowy wyjazd. Stempel Starosty Powiatowego Przemyskiego. Wiza wydana na jednorazową podróż do Palestyny w czasie ważności Imigracyjnego Certyfikatu. Ta wiza nie zwalnia posiadacza z imigracyjnych regulacji zarządzających wjazdem do Palestyny 2 październik1935.

Wiza brytyjska musiała być załatwiona w Warszawie. Czy Majer Wolfman tam pojechał? Oczywiście, tego nie wiemy, ale można podejrzewać, że w Przemyślu działały biura pośredniczące w takich emigracyjnych formalnościach i można przypuszczać, że skorzystał on z usług jednego z nich. Uzyskanie wizy do Palestyny nie było łatwe. Późniejszy światowej sławy językoznawca Mosze Altbauer z Przemyśla, rówieśnik Wolfmana, próbował również w 1935 roku wyemigrować z Polski. Nie otrzymał wizy i podobno dostał się do Palestyny udając gracza wileńskiego klubu piłki nożnej Makkabi. Trzy dni po uzyskaniu wizy wydanej przez Ambasadę Brytyjską w Warszawie, Majer Wolfman otrzymał zgodę władz polskich na emigrację. To by był dodatkowy argument, że chyba jednak Majer nie pojechał do Warszawy. Załatwianie spraw trwało kilka dni i wyprawa byłaby dość kłopotliwa. Wielki dzień w życiu Majera Wolfmana. Ruszelczyce, gdzie spędził całe dotychczasowe życie, odchodzą na zawsze w przeszłość. Przed nim podróż, na tamte czasy i dla rolnika z pod przemyskiej wsi -wielka podróż. I jeszcze większa niewiadoma. Życie w nowym kraju. A państwo Izrael powstanie dopiero za 13 lat. Podróż, pociągiem, zaczęła się 29 października 1935 roku. Był to wtorek.

Pozwoliłam sobie wspomnieć w tej pracy o emigrancie Majerze Wolfmanie, ponieważ mimo, że jego emigracja przypada na rok 1935, a II wojna światowa rozpoczęła się w 1939r., to myślę, że już wtedy miało to ogromne znaczenie na losy Ruszelczyc, Gminy Krzywcza, a nawet Polski. Już wtedy, na cztery lata przed wybuchem wojny, snuły się plany i myśli Hitlera, co do ataku na nasz kraj. Ponadto Majer Wolfman, to postać, o której większość pewnie nawet nie słyszała i nie wie, że taka osoba istniała w Ruszelczycach. Dlatego też chciałabym, żeby dzięki wspomnieniu o nim w mojej pracy, poznano go chociaż trochę.

Zakończenie

II wojna światowa to największy konflikt zbrojny  w historii świata. W wyniku tej wojny Polska poniosła ogromne straty, zarówno ludzkie, jak i materialne. Większość z nich była skutkiem zbrodniczej działalności okupantów, zaś w znacznie mniejszym stopniu – bezpośrednich działań wojennych. Zginęło 6 028 000 obywateli Rzeczypospolitej. W tej walce zbrojnej nie mogło zabraknąć też Nas – mieszkańców Ruszelczyc, których większości już nie ma na tym świecie, inni wyemigrowali i już nie powrócili, ale są i jeszcze Ci, którzy brali udział w wojnie, doznali tego bólu, cierpienia, łez, to nasi dziadkowie, w pamięci których obraz II wojny światowej pozostanie na zawsze. Jak już pisałam wcześniej, II wojna światowa dotknęła Ruszelczyc podczas Bitwy Krzywieckiej, która miała miejsce 13 września 1939r. To właśnie wtedy, Ruszelczyce miały swój udział w wojnie, poprzez swoje najbliższe sąsiedztwo z miejscowością Krzywcza. Przez Ruszelczyce maszerowały wojska niemieckie i sowieckie, wzdłuż Sanu rozgrywały się potyczki między wrogami. Bitwa ta została stoczona przez 11. Karpacką Dywizję Piechoty pod dowództwem płk dypl. Bronisława Prugar- Ketlinga. Był on jednym z kilku najlepiej dowodzących wielkimi jednostkami oficerów.

Kończąc, myślę, że warto mówić, a nawet tak, jak w tym przypadku, pisać o losach naszych miejscowości, naszych bliskich w czasie wojny, ponieważ my, młode pokolenie nie zaznaliśmy cierpienia i krzywd, jakie przyniosła II wojna światowa. Znamy tę historię ze szkoły, z opowiadań naszych dziadków i innych źródeł, a teraz naszym zadaniem, młodych ludzi jest dzielenie się tą wiedzą, tymi wydarzeniami z naszymi dziećmi, a kiedyś wnukami, by pamięć o losach naszych wsi, rodzin i kraju z września 1939 roku nigdy nie poszła w niepamięć.

 

 Bibliografia

 

1.      Piotr Haszczyn, "Zarys dziejów parafii w Krzywczy 1398-1998", Krzywcza 1998.

2.      Ruszelczycew „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, Tom X, (Rukszenice – Sochaczew) z 1889 r.

3.      Gazeta „Horyzont Podkarpacki” red. M. Dachnowicz, wydanie nr 6, wrzesień 2013.

4.      Bronisław Prugar -Ketling, „Aby wierności dochować”, wspomnienia z września 1939r.

5.      Wrzesień 1939 Bitwy Krzywieckiej, B. Prugar-Ketling.

6.      Zygmunt Prugar, „Fundacja Żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie”, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2006.

Zapraszamy na bloga - www.krzywcza.blogspot.com

Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Digg Live Reddit Linkedin Icio Furl Techno Poleć na Gadu-Gadu Wykop Śledzik 7821217