Krzywcza - Trzy Kultury

Krzywcza - pełna wspomnień...

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
Polish English French German Irish Russian Ukrainian
Krzywcza.eu - Dla wszystkich, którzy dobrze wspominają lata spędzone w Krzywczy.

Wspomnienia z okresu II wojny światowej

Email Drukuj PDF

W tym linku będziemy prezentować dorobek młodzieży biorącej udział w programie. W ramach projektu „Zwykli niezwykli-ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym”  organizowane są spotkania z osobami w podeszłym wieku, które pamiętają czasy II wojny światowej.

 

Wspomnienie pani Zenobi Hyża

          Pani Zenobia Hyża nie zapamiętała dokładnie czasów wojennych, lecz w wieku 12 lat stała się jedną z ok. 2 mln osób, które zostały wysiedlone na “ziemie odzyskane”. Tamte czasy utkwiły najbardziej w jej pamięci, co stanowiło główny temat jej opowiadań.

        9 kwietnia 1945 roku trafiła do wsi niedaleko Olsztyna, gdzie miała rozpocząć nowe życie. Przed przyjazdem, jak wiele rodzin, zmuszono do transportu najpierw samochodem do stacji kolejowej, a następnie pociągiem w wagonach bydlęcych na północny - zachód. Bohaterka opowiedziała również, że żołnierze dbali o to, by każda rodzina nie trafiła do takiej samej wsi, w której mieliby swoich sąsiadów. Trafiając do domostw, ludzie odkryli pustkę. Niemcy w obawie przed Armią Czerwoną uciekali na zachód, jednak nie niszczyli całej infrastruktury, bo wierzyli, że tam wrócą po wojnie. Jednak komunistyczne rządy utrudniały powrót Niemców, a te tereny wcielono do Polski, czyli Warmię i Mazury, Śląsk i Pomorze Zachodnie. Z Kresów Wschodnich, które zostały wcielone do ZSRR przesiedlono większość Polaków, a ci, którzy zostali, musieli przyjąć radzieckie obywatelstwo. Natomiast z terenów Polski wysiedlono Ukraińcow w ramach akcji “Wisła”.

          Przyjęcie nowego mieszkania było bardzo proste. Rodzina znajdowała samotny dom, zgłaszano do kierownika, że przejmuje się dany obiekt, a następnie zatwierdzano to. Jednak z przydzielonym polem było różnie. Przed wojną na tych terenach dominowały wielkoobszarowe gospodarstwa rolne przynoszące wysokie dochody, jednak komuniści zakazali posiadania ziem do określonej wielkości (najczęściej 50 ha), by rozdać pozostałe bezrolnym i zdobyć ich poparcie. Taka sytuacja powodowała uzyskiwanie plonów tylko na własne potrzeby, nie mając nic na zarobek, dlatego ludzie podejmowali dodatkową pracę.

         Pani Zenobia opowiedziała, że do mieszkania, do którego się przeprowadzili, zapukał pewien Niemiec, którego był to prawowity dom. Ojciec jej rodziny, który nie znał niemieckiego, dogadał się z nim, że mogą tym mieszkaniem się podzielić. Stary, samotny przybysz zamieszkał w jednej izbie, a oni zostali w dwóch pozostałych. Jednak pewnego razu stwierdził, że dobrze będzie, jeśli wróci do ojczyzny, bo przebywał już nie na terytorium własnego kraju, tylko w Polsce. Pojechał i już nie wrócił.

           W trakcie pobytu, na środku wsi leżało 90 zabitych żołnierzy w jednym rzędzie, gotowych do pochówku. Przybyły kierowca zabrał ich do niewiadomego miejsca, by nie próbowano ukraść mundurów lub innych osobistych rzeczy.

           Pani Zenobia wróciła na te tereny, lecz zamieszkała w Średniej, przed wojną była w Ruszelczycach i wspomina, że lepiej żyje jej się tutaj niż po przesiedleniu.

 

Wspomnienia spisali: Sabina Leszczak, Anna Tomaszewska oraz Patryk Leszczak przy współpracy z pracownikiem Świetlicy Wiejskiej w Średniej – p. Elżbietą Wojdyło

 

Wspomnienia Pani Heleny Kołacz

 

altW dniu 03.03.2015r. odwiedziliśmy Panią Helenę Kołacz, mieszkankę Ruszelczyc. Opowiedziała nam przykre wspomnienia z czasów swojego dzieciństwa, gdyż zwierzyła się z tego, że jej rodzice zostali deportowani na Syberię, miejscowość Kalinówka, powiat Czystopol. Tam właśnie ona przyszła na świat, w trakcie srogiej zimy i ciężkich warunków. Ojciec Pani Heleny, był zmuszany do żmudnej pracy w Kołchozie, w lasach oraz przy budowie dróg. Stamtąd również został wcielony do wojska (prawdopodobnie była to armia gen. Andersa) po czym ślad po nim zaginął. Do dnia dzisiejszego córka nie zna miejsca ani daty śmierci. Na Syberii zginął również jej starszy, jedenastoletni brat Stanisław, który z innymi poszedł szukać pożywienia do lasu. Prawdopodobną przyczyną śmierci młodego chłopca było to, że zabłądził w bezkresnych tajgach. Pani Hela wspomniała o tym, jak jej matka za ciężką pracę otrzymywała 75 dag bochenek chleba, którym miała wyżywić całą rodzinę na okres tygodnia. Rok 1946 był dla nich niezwykle wyjątkowy, ponieważ nadszedł czas powrotu do kraju. Pani Kołacz wraz z matką ulokowały się u rodziny, zaś bracia dzięki pomocy księdza Lorenca trafili do sierocińca w Brzozowie. Przyczyną pobytu w tym ośrodku był głód, nędza, która panowała na tych terenach. Po upływie miesiąca mieszkania w Ruszelczycach mama postanowiła ochrzcić córkę w katedrze w Przemyślu. Rodzicami chrzestnymi zostali przypadkowi ludzie, spotkani na ulicy. Przez niedożywienie Pani Helena chorowała na malarię i krzywicę. Z poczuciem humoru wspomniała, że dzięki Bogu żyje do dnia dzisiejszego. Mimo uśmiechu na twarzy, zauważyłyśmy w niektórych momentach spotkania spływające po policzkach Pani Heleny łzy.

alt

W spotkaniu uczestniczyły: Opiekun grupy Pani Świetlicowa wsi Ruszelczyce Pani Bożena Banaś oraz uczennice klasy VI ze Szkoły Podstawowej z Ruszelczyc: Martyna Brożyniak, Dominika Brzozowska, Ewelina Pękalska.

 

Wspomnienia Juliana Wróbla

Dnia 26.03.2015 roku spotkaliśmy się z Panem Julianem Wróblem, który miał 8 lat gdy rozpoczęła się wojna. W tym czasie razem z rodziną mieszkał w Reczpolu na tzw. Karczmie. Pan Wróbel opowiada, że dawniej w Krzywczy znajdowała się synagoga, która spaliła się i nie pozostawiła po sobie żadnego śladu. Pan Julian opowiadał też, że w czasie wojny chodził do szkoły, w której obecnie znajduje się tęczowe przedszkole w Reczpolu. W szkole uczyło tylko dwóch nauczycieli. Pan Wróbel mówi,  że nawet podczas wojny szkoła funkcjonowała, a lekcje zaczynały i kończyły się o tej samej porze. Pan Wróbel po skończeniu VI kl. szkoły podstawowej w Reczpolu, udał się do zbiorczej szkoły w Krzywczy, gdzie uczęszczał do VII klasy. Po zakończeniu nauki w Krzywczy Pan Wróbel uczęszczał przez cztery lata do liceum w Przemyślu. Podczas nauki w mieście Pan Julian początkowo mieszkał u swojej kuzynki, której mąż był sierżantem, a następnie w internacie.

                Pan Wróbel wspomina, że tylko dwóch jego wujków zastało wezwanych do jednostki wojskowej. Jeden znajdował się w PAC (pułk artylerii ciężkiej), a drugi w PAL (pułk artylerii lekkiej). Z relacji Pana Juliana dowiadujemy się, że Reczpol nie ucierpiał dużo podczas wojny, jedyne straty poniosła Karczma.

                Nasz gość opowiedział nam o swoich wspomnieniach z okresu wojny. Na Karczmie znajdowała się linia oporu, która miała zatrzymać idących od strony Dubiecka Niemców. Niedaleko  domu Pana Wróbla znajdował się punkt obserwacyjny. Wspomina, że 13 września jego rodzina zauważyła żołnierzy maszerujących po Karczmie. Pan Wróbel jako ciekawe dziecko postanowił lepiej przyjrzeć się sytuacji. Gdy dotarł na miejsce zauważył oficerów kopiących wykopy. Jeden z dowódców poprosił go, aby przyniósł im wody. Chłopak posłusznie wykonał polecenie, a w zamian dostał 20 groszy. W ówczesnych czasach było to bardzo dużo, wystarczyło na 20 dag. cukierków. Pan Wróbel opowiada, że żołnierze stacjonowali w tamtych okolicach jeden dzień. Mówi też, że oficer nakazał mu powiedzieć rodzicom o rozpoczynającej się wojnie. W tej sytuacji podjęli oni decyzję o ucieczce w stronę Sanu na Chyrzynkę. Po zabraniu najważniejszych rzeczy  wyruszyli do celu. Już po krótkim czasie usłyszeli świst przelatujących kul i niemieckich samolotów. Po przejściu przez San, zatrzymali się na krótki czas u jednej z rodzin. Po powrocie okazało się, że na szczęście dom Państwa Wróblów nie ucierpiał bardzo, zniszczony został tylko dach.

                Tak wspomina okresy II wojny światowej Pan Julian Wróbel. Rozmowa z nim była bardzo ciekawa i z pewnością na długo zostanie w naszej pamięci.

 

Wspomnienie p. Emili Wojdyło

altDnia 28.08.2015 roku odwiedziliśmy panią Emilię Wojdyło, która urodziła się 5 stycznia 1939 roku, czyli w chwili wybuchu wojny miała prawie dziewięć miesięcy. Chociaż była bardzo mała to wiele pamięta o zdarzeniach z tamtych czasów.

Gdy miała około pięciu lat, w czasie walki Sowietów z Niemcami po przesunięciu frontu walk, obejrzała razem z ojcem miejsca, w których walczono. Widziała tam jamy po bombach oraz okopach, a także pozwalane gałęzie, a nawet całe drzewa. Leżało również wiele pozabijanych koni, ale nigdzie nie było poległego żołnierza. Prawdopodobnie wszyscy zostali pochowani. Niedaleko dopalał się jeszcze samochód, pozostawiony na środku pola.

W trakcie trwania konfliktu widziała wielu żołnierzy różnych armii, m. in. niemieckiej, sowieckiej, polskiej, sama nawet nie rozpoznając kto to może być. Pamięta tylko, że podczas zimy ubierali na siebie pościele i obrusy, w kolorze białym, by być trudniej dostrzeganym przez wroga. Za każdym razem, gdy przychodzili, przeszukiwali dom z obcych żołnierzy. Pewnego razu, gdy przybyli Niemcy, szukali ojca jej rodziny, który schronił się u znajomego w Przeworsku. W tym czasie postawili resztę pod ścianę, zostawiając małe niemowlę, siostrę pani Emilii, na stole. Nie mogli go znaleźć, ale zauważyli pewną osobę w oddali, która handlowała mięsem. Od razu poszli do niego, zostawiając tą rodzinę i gdzieś go zabrali, nie wiadomo gdzie. Najbardziej pani Emilia bała się o zostawioną siostrą. Nie wiedziała, co by się z nią stało, gdyby ich zabrakło.

Pani Emilia pamięta czasy ataków UPA na polską ludność. Chowała się w piwnicach oraz innych odosobnionych miejscach wraz ze swoją liczną rodziną. Jej sąsiadka - Ukrainka zaoferowała pomoc, by uchronić ich od okrucieństw ze strony jej rodaków. Za pomoc polskiej rodzinie “banderowcy” zabijali również Ukraińców.

Chwile grozy, które przeżyła zapamiętała bardzo dobrze, a sama pragnie, by to wszystko się nie powtórzyło.

alt

Wspomnienia spisali: Sabina Leszczak oraz Patryk Leszczak przy współpracy z pracownikiem Świetlicy Wiejskiej w Średni – p. Elżbietą Wojdyło

 

Wspomnienia pań Agaty Siemaszko z Woli Krzywieckiej

alt
Zimowe, mroźne przedpołudnie, 4 luty 2015 r., a my zmierzamy z wizytą do kolejnego bohatera Ziemi Krzywieckiej.
Kolejne nasze spotkanie w ramach projektu "Zwykli niezwykli..." odbyło się w najstarszym domostwie na Woli Krzywieckiej, należącym obecnie do Pani Agaty Siemaszko. Ta starsza kobieta ugościła nas i opowiedziała o wojnie, która dla niej i jej rodziny była dosłownym piekłem. Nieocenioną pamiątką jest zeszyt, w którym spisała własnoręcznie swoje wspomnienia nieżyjąca już siostra pani Agaty, Cecylia (skan tegoż zeszytu w załączeniu). Historia została spisana kilka lat po wojnie. Ś.P. Pani Cecylia jako młoda dziewczyna opisuje początek wojny, który zaskoczył wszystkich mieszkańców Woli Krzywieckiej. Jej bracia oraz ojciec starali się pomagać sąsiadom i okolicznym przejezdnym, którzy pukali do drzwi domu prosząc o kromkę chleba. Dramatycznie jest opisana śmierć brata - Jana w bestialski sposób zamordowanego przez partyzantkę. Mężczyzna został znaleziony w lesie, a jego ciało zostało zmasakrowane przez banderowców. Rodzina Siemaszków pogrążyła się w żałobie po śmierci syna. Pani Agata wspomina, że okres wojny i okupacji to czas nieustannego strachu o dzień jutrzejszy i wszechogarniającego ubóstwa oraz głodu. Po raz kolejny, pojawia się wzmianka, o białych prześcieradłach, używanych przez Ukraińców w zimie. Wspomniany jest ksiądz Władysław Solecki, który podczas bitwy krzywieckiej 13 września 1939 r. namaszczał rannych żołnierzy, udzielał im rozgrzeszenia i wspierał w ostatnich chwilach życia. Naród polski był nieustannie męczony przez Sowietów oraz niemiecką armię, na rzecz której mieszkańcy naszej Małej Ojczyzny zobowiązani byli zdawać kontyngenty. W roku 1942 nastał głód, gdyż rok ten był wyjątkowo nieurodzajny. Ludzie zmuszeni byli jeść trawę, co u niektórych było przyczyną zatracenia człowieczeństwa, Coraz częściej najbliższy sąsiad stawał się wrogiem i był gotów donieść na najbliższą osobę. Ten okres był gorszy niźli same działania wojenne. Do mieszkańców Woli Krzywieckiej z opóźnieniem trafiały wiadomości ze świata m.in. o agresji III Rzeszy na Rosję Sowiecką. Ukraińcy stali się naszymi sprzymierzeńcami. Każdy starał się przeżyć. Priorytetem stała się ochrona własnej rodziny i gospodarstwa. Przeżycia wojenne opisane z perspektywy zwykłej, wiejskiej kobiety są do bólu prawdziwe i okraszone dramatyzmem dnia codziennego. Nasze pokolenie powinno być dumne z osób, które swoim życiem świadczą o tym, że okrucieństwo wojny było nie do opisana.
Ten dzień obfitował w bardzo ważne informacje dla nas, ponieważ swoje wspomnienia wojenne zgodził się przywołać również pan Antoni Kwaśny. Mężczyzna urodzony w 1928 r. Pamięta doskonale czas wojny. Ciekawą anegdotą była opowieść, o tym jak pan Antoni odśnieżał drogi dla przechodzącego frontu. Był on zmuszany do katorżniczej pracy, podobnie jak wielu młodych mężczyzn w jego wieku. Wspomina o srogich zimach, podczas których opady śniegu były nieustające przez wiele tygodni, a mróz siarczysty. Pan Antoni przyznaje, że okres wojny był swego rodzajem zahartowaniem dla jego pokolenia, które stało się niezłomne. Okupacja ze strony niemieckiej i rosyjskiej była bardzo dokuczliwa dla mieszkańców Woli Krzywieckiej.
Wiedza zgromadzona przez nas w projekcie "Zwykli niezwykli-ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym" to nieocenione źródło informacji historycznej od tych którzy odeszli, dla tych którzy nadejdą.

alt

Informacje zebrały uczestniczki projektu; Agnieszka Gurba i Aleksandra Wojdyło przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej w Woli Krzywieckiej – p. Kazimiery Kwaśnej
 

Upływ czasu zrobił swoje ...........


Kolejną wizytę złożyliśmy u Pani Józefa Draganik, urodzonej w 1932 r. Wojnę pamięta słabo, gdyż była wtedy zaledwie kilkuletnią dziewczynką. Swoje wyobrażenie o tamtych czasach kształtowała poprzez podsłuchane rozmowy rodziców i starszego rodzeństwa.
Najbardziej utkwił jej w pamięci jeden szczegół. Otóż ona i jej rodzina jako schronienie znaleźli wydrążoną skarpę na skraju okolicznego lasu. Przebywali tam podczas nalotów bombowców i ostrzeliwania wrogich wojsk. Pamięta także, lichą, drewnianą kołyskę, w której kołysano jej najmłodszego kilkumiesięcznego braciszka.
Niestety upływ czasu spowodował, że większość przeżyć zapomniała.

alt

Informacje spisały: Agnieszka Gurba i Aleksandra Kuźbida przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej z Woli Krzywieckiej p. Kazimiery Kwaśnej
 

Wspomnienie p. Mieczysława Majewskiego

altW dniu dzisiejszym, tj. 4 lutego 2015 roku, odwiedziliśmy mieszkańca naszej miejscowości, pana Mieczysława Majewskiego urodzonego w 1936 roku.
Urodził się w Bachowie, a na Sybir wyjechał w lutym 1940 r. Wraz ze swoimi rodzicami oraz większością mieszkańców Bachowa. Przymusowe zsyłki były tam powszechne. Życie na Syberii podczas okrutnych warunków atmosferycznych i nieprzyjaznej atmosfery, wśród współtowarzyszy niedoli były latami cierpienia i katorżniczej pracy, jaką wykonywali, żeby przetrwać. Droga do piekła jakim niewątpliwie jest ten obszar Rosji, położony za kołem podbiegunowym trwała około miesiąca w bydlęcych warunkach. Ludzie przewożeni byli w ciasnych wagonach, a jeśli podczas podróży ktoś zmarł, wyrzucano go bez skrupułów na okolicznych przystankach. W centrum stał piecyk, który miał służyć za źródło ciepła. Pan Majewski ten okres w swoim życiu, przywołuje tylko dzięki opowieściom rodziców. Wrócił do kraju po zakończeniu działań wojennych na terenie Polski. Jednakże, kapitulacja Niemiec nie oznaczała końca zmartwień dla naszych rodaków. Rodzice pana Mieczysława osiedlili się na Woli Krzywieckiej, w dniu ich przyjazdu miał miejsce pożar w Krzywczy wywołany przez banderowców. Wydarzenie to zapadło w pamięci naszego bohatera. Życie w Ojczyźnie tak umiłowanej i drogiej dla rodziców nie było usłane różami. Wciąż panował głód i bieda.
Pan Mieczysław zaprezentował nam legitymację członkowską Związku Sybiraków oraz medal, upamiętniający jego pobyt na nieludzkiej ziemi.

alt
 

alt


Wspomnienia spisały uczestniczki projektu: Agnieszka Gurba, Aleksandra Wojdyło wraz z pracownikiem Świetlicy Wiejskiej w Woli Krzywieckiej p. Kazimierą Kwaśną
 

Świadectwo szkolne

W styczniu bieżącego roku odwiedziliśmy panią Aurelię Lach, mieszkankę Babic, która w rozmowie z nami wróciła wspomnieniami do okresu tak bolesnego jakim była II wojna światowa.

Pani Aurelia urodziła się w 1929 roku, wobec czego w chwili wybuchu wojny miała zaledwie 10 lat. Jednak doskonale pamięta ten okres. Jako mała dziewczynka mieszkała z mamą w Babicach. O wybuchu wojny dowiedziała się od innych poruszonych tą wiadomości ludzi. Z tych zamierzchłych dla nas czasów pani Aurelia pamięta żołnierzy zarówno niemieckich jak i rosyjskich, przebywających w Babicach. Opowiadała nam iż stacjonowali oni w domostwach mieszkańców Babic. Życie w tamtym okresie było trudne. Wszystkiego brakowało. Każdy dzień był pełen obaw o przysłowiowe jutro.

Pani Aurelia pamięta, iż w tym okresie nauka wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Dzieci uczyły się w ukryciu, często po domach np. nauczycieli. Dyrektorem babickiej szkoły wówczas był Władysław Łopatka. Po ukończeniu czterech klas Szkoły Podstawowej uczniowie mogli kontynuować naukę dopiero w Przemyślu. Dlatego też często edukacja ówczesnych dzieci kończyła się na stopniu Szkoły Podstawowej. Podczas wizyty u pani Lach mogliśmy również obejrzeć jej świadectwa szkolne pochodzące z tamtego okresu. Ciekawe jest to, iż są sporządzone w dwóch językach-polskim i niemieckim.

alt

Słuchaliśmy z zaciekawieniem naszej rozmówczyni i zastanawialiśmy się jak możliwe było życie w tamtych czasach.

Informacje zebrali uczestnicy projektu: Magdalena Sosa, Zuzanna Sosa, Arleta Łysik, Andżelika Buś, Szymon Bandyk przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej w Babicach p. Marzeny Seńczyszyn
 

 

Dnia 15 lutego 2015 roku wybraliśmy się z wizytą do p. Marii i p. Władysława Marko ze Skopowa.

altPodczas wizyty dowiedzieliśmy się o wzruszających historiach z czasów II wojny Światowej. Pani Maria, jak sama mówi, gdy wybuchła wojna była dzieckiem, ale pamięta jak została z mamą i rodzeństwem w domu, gdyż tato uczestniczył w wojnie .Nie wiodło im się najlepiej, brakowało na najpotrzebniejsze rzeczy. Była okropna bieda, liczył się każdy grosz. W tym samym roku wrócił ojciec p. Marii do domu, jednak trwało to krótko bo znowu musiał opuścić rodzinę. Wyjechał do Lwowa aby uzupełnić budżet rodzinny bo brakowało pieniędzy i nie mieli za co się utrzymać. Bywały takie dni jak wspomina pani Marko, że dzień toczył się za dniem, ale były takie kiedy musieli ukrywać się przed Rosjanami. Kryjówką, która ochraniała ich przed wrogiem, był wykopany dół  przykrywany betonowym blokiem. Siedząc schronieni w nim nic nie widzieli co się dzieje na zewnątrz, tylko było słychać strzały i wybuchy. Jak ucichło to po pewnym czasie wychodzili na zewnątrz.

Nasza bohaterka porusza również jak wyglądała, wywózka ludzi na Sybir. Żołnierze radzieccy przychodzili do domów po domowników. Rodzina miała  zaledwie kilka minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Okupanci w tym czasie szabrowali po domach wyszukując najcenniejsze rzeczy po czym je zabierali. Jeżeli ktoś stawiał opór zostawał na miejscu rozstrzelony. Podróż trwała nawet kilka tygodni, warunki w jakich ludzie jechali były nieludzkie, tylko najsilniejszym udawało się dotrzeć na miejsce. Tam temperatura sięgała nawet do –40C, niekiedy nie było co jeść. Ludzie pracowali ciężko, nieważne była płeć, tylko sprawność fizyczna. Mężczyźni pracowali przy drzewie, kobiety odśnieżały drogi. Większość ludzi nie była w stanie przeżyć takich warunków. P. Maria sama tego nie doświadczyła, ale wie to z opowiadań.

 Przez całą rozmowę przysłuchiwał się mąż p. Marii, p. Władysław, jak sam stwierdza, że nie pamięta zbyt wiele z tamtych czasów, ale utkwiła mu w pamięci sytuacja jak pasłz kolegami bydło na łąkach, po chwili usłyszeli strzały. Ciekawość zaprowadziła ich do pobliskiego lasu. Zobaczyli zabitego mężczyznę, z widzenia znali go  - był Żydem. Pobiegli do jego posiadłości, aby powiedzieć jego żonie, co zobaczyli, ale niestety nie zdążyli, mordowano już całą rodzinę z powodu innego wyznania religijnego. Mówi p. Władysław, że to jedyna rzecz, którą pamięta z tamtych czasów ale trafia do serca.

Na zakończenie państwo Marko podziękowali nam za to, że jest jeszcze młodzież, która interesuje się dziejami ojczyzny.

alt

Wspomnienia spisali: Gabriela Hadam, Olga Bugiel i Sebastian Król przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej w Skopowie – p. Alicji Bugiel

 

Zakochali się od pierwszego wejrzenia

altW dniu 14 lutego 2015 roku odwiedziliśmy państwa Władysława i Julię Król, którzy z wielką ochotą opowiedzieli nam o trudnych czasach, czyli o II wojnie światowej. W wieku 13 lat pan Władysław odwiózł swoją rodzinę do Bachórza na stację kolejową, a sam został głową rodziny. Wówczas z jego babcią musiał zadbać o plony rolnictwo oraz hodowlę zwierząt, na jego barkach spoczęła niezwykle duża odpowiedzialność, nie mógł zawieść siebie oraz rodziny która walczyła za ojczyznę. Gdy dziadek pana Władysława wrócił z wojny zakopując broń i cały asortyment wojenny i zbrojny w lesie, wrócił jako zwykły cywil, wówczas wojska niemieckie chodziły na patrol patrząc czy chłopi mają odciski, świadczyło to o tym, że pracowali w polu, a nie byli żołnierzami, a ci którzy mieli ręce bez „odcisków” zabierano lub wywożono. Jak Niemcy grasowali na naszych terenach organizując „łapanki„ i wywożąc na Syberię, niektórzy próbowali uciec (jednak nielicznym się to udawało), a ci którzy zostali przyłapani zostali rozstrzelani. Miało to zapobiec buntom i sprzeciwieniu się władzom. Każdy kto został wysyłany na Syberię musiał podpisać pakt, który niby był dobrowolny, jednak te słowa mijały się z celem, a karą za niepodpisanie była śmierć. Po podpisaniu ludność była dzielona na grupy, ci sprawni fizycznie do pracy a ci co nie mogli pracować albo zabijani albo do Oświęcimia, tam ich męczono, torturowano, a następnie zabijano z największym okrucieństwem. W wieku 17 lat pan Władysław trafił do obozu w Jarosławia do Junaków jednak udało mu się uciec z tego obozu. Po powrocie wioskę rodziną pana Władysława spalono doszczętnie więc musieli znaleźć miejsce na budowę nowego domu -  wybrali Skopów, tam pan Władysław poznał panią Julię która mieszkała od początku w Skopowie. Zakochali się od pierwszego wejrzenia, a właśnie w tym roku mija 63 lata od zawarciu przez nich ślubu.

alt

Wspomnienia opisali: Sebastian Król, Olga Bugiel oraz Gabriela Hadam wraz z pracownikiem Świetlicy – panią Alicją Bugiel

 

Wspomnienia z II wojny światowej pana Michała Bubena
 

altKilka dni temu złożyliśmy wizytę panu Michałowi, mieszkańcowi Bachowa, który opowiedział nam, co nieco o losach jego oraz jego rodziny podczas trwania wojny.

Pan Buben urodził się w 1931 r. Miał więc osiem lat kiedy rozpoczęła się wojna i doskonale pamięta niektóre z tamtych tragicznych wydarzeń. Bachów był w tych czasach zamieszkiwany przez Polaków oraz Ukraińców, a rzeka San stanowiła granicę między Niemcami, a ZSRR. Podczas wojny mieszkańców wsi wysiedlano, ponieważ przebiegał przez nią front. Bachowianie zostali wywiezieni z rodzinnej miejscowości. Rodzina pana Bubna trafiła na Polesie w 1940 r. Każdy kto miał konia i furmankę miał się spakować i ruszać do Mościsk. Ojciec pana Michała przygotował  furmankę, jego matka zabrała tylko kilka rzeczy i trochę jedzenia. Rodzice zabrali trójkę swoich dzieci i pojechali. W Mościskach zapakowano ich do pociągu towarowego, w którym było wszystko ludzie, zwierzęta oraz drobny dobytek. Ta podróż trwała kilka dni. Ich droga skończyła się na Polesiu. Rodzina Bubnów mieszkała w miejscowości Usowika, która znajdowała się 3 km od Udzimierza. Przydzielono im drewniany dom, gdzie mieszkali wraz z Luberą Senko, jego żoną Katarzyną i dwojgiem ich dzieci oraz z rodziną Lemczyków. Rodzinom tam mieszkającym przydzielono pole, które mogli uprawiać, aby przeżyć. W 1943 r. Niemcy wyganiają Polaków z Polesia, część z nich ucieka do kraju. Każda rodzina miała oddać swoje rzeczy Niemcom, którzy obiecali ich zwrot po przyjeździe do Polski. Polacy byli przekonani, że wracają do ojczyzny zostali jednak wywiezieni na wschodnie Prusy. Po licznych trudnościach i rozczarowaniach udało im się jednak wrócić do rodzinnych miejscowości i prowadzić normalne, spokojne życie.

alt

Informację opracowała Edyta Stadnik wraz z pracownikiem Świetlicy w Bachowie – panią Wandą Pawłowską

 

Nie są to przyjemne wspomnienia

 

alt11 lutego 2015 roku odwiedziłyśmy kolejną osobę , która opowiedziała nam swoje losy z II Wojny Światowej. Naszym bohaterem jest obecny mieszkaniec Kupnej pan Bronisław Kozłowski. Urodził się on 25 czerwca 1937 roku w Hucie Brzuska. Jego ojciec miał na imię Marcin, matka Katarzyna zaś o dwa lata starszy brat Franciszek. Jego rodzina prowadziła małe gospodarstwo rolne, a ojciec wraz z dziadkiem byli kołodziejami (praca ta polegała na robieniu wozów).

Gdy wybuchła wojna pan Bronisław miał zaledwie dwa lata, jego ojciec został powołany do armii polskiej, brał udział w kampanii wrześniowej i trafił do niewoli niemieckiej, skąd wrócił dopiero na początku roku 1946; w między czasie próbował wiele razy kontaktować się z rodziną, ale bez skutecznie. Pan Bronisław wraz z bratem, matką i dziadkami pozostali w rodzinnym domu w Hucie Brzusce. ,,Nie pamiętam samego wybuchu wojny, byłem zbyt mały, ale zapamiętałem kolejne lata okupacji, lecz nie są to najprzyjemniejsze wspomnienia”- mówi pan Bronisław. Pamięta on płacz swojej matki, gdy któregoś dnia do ich domu wtargnęli żołnierze wojska niemieckiego i zabrali im konia i krowę, a w tym czasie to było naprawdę ważne; zwierzęta te były żywicielami rodziny. W całej wiosce panował okropny głód, każdy próbował zdobyć jakiekolwiek pożywienie, ale nie było to takie łatwe. Ludzie bali się opuszczać domy bo wszędzie czaiła się śmierć. Rodzina pana Bronisława miała zboże, lecz musieli je zmielić, aby upiec chleb. Nasz bohater wraz z bratem mełli zboże na żarnach, a matka wraz z dziadkiem w tym czasie pilnowali, czy przypadkiem nie nadchodzą wojska niemieckie, ponieważ niszczyły one wszystkie żarna i zabierali, co tylko się dało. Wieczorem mama piekła chlebuś i wtedy to pan Bronisław wraz z bratem czuwali, czy ktoś  nie nadchodzi. Kolejnym wydarzeniem, które utkwiło w pamięci naszego bohatera jest pożar wsi Huta Brzuska, jego dom także stanął w płomieniach i częściowo spłonął. Było to zimną nocą, gdy nagle musieli uciekać z płonącego budynku jedyne, co z niego wzięli  to ubranie, które mieli na sobie i kilka drobiazgów leżących na wierzchu. Matka, babcia wraz z bratem pana Bronisława przedostali się do Ruszelczyc, gdzie pozostali prawie do końca 1945 roku i nie było z nimi kontaktu. Młody jeszcze wtedy chłopak pozostał wraz ze swoim dziadkiem i mieszkał przez pewien okres w piwnicy nim dziadek nie odbudował części spalonego domu. Popołudniami po wsi grasowała banda UPA, która kradła, co tylko się dało, ludzie często chowali się przed nimi do piwnic. Dlatego często, gdy dziadek spał, pan Bronisław czuwał czy ktoś nie nadchodzi i odwrotnie. Na nieszczęście oprócz tej bandy ludzi okradali tzw. rabuśnicy. Jedynym pokarmem okazywały się owoce z lasu i grzyby oraz za pracę, która wykonywał dziadek pana Bronisława otrzymywali żywność w postaci plonów. Nasz bohater pamięta radość dziadka, gdy dostali oni około 40 kg zboża na zasianie. W ten sposób udało im się przetrwać najgorszy okres w ich życiu.

Gdy wojna się zakończyła, a matka zdołała się skontaktować z panem Bronisławem i jego dziadkiem zbliżały się święta Bożego Narodzenia i był to rok 1945. Święta spędzili razem, ale jeszcze bez ojca pana Bronisława. Radosnym momentem był właśnie jego powrót, lecz nasz bohater go nie poznał bo był zbyt mały, aby go pamiętać. Pan Bronisław do naszej wsi Kupna trafił dzięki swojej obecnej żonie. Wychował on pięcioro dzieci. Ma on teraz 78 lat i jest 55 lat po ślubie. Życzymy mu dużo zdrowia i dziękujemy za opowiadanie historii swojego życia, które od początku było naprawdę trudne.

alt

Rozmowę przeprowadziły Kamila Opaluch i Adrianna Perduta wraz z p. Małgorzatą Szuban – pracownikiem Świetlicy Wiejskiej w Kupnej

 

 

Opowieść Marii Buś z Reczpola

altDnia 11 lutego 2015 roku odwiedziliśmy p. Marię Buś, która urodziła się 13 kwietnia 1929 roku. Pani Maria opowiedziała nam o tym, jak wyglądało życie w czasie II wojny światowej. P. Buś miała 10 lat, gdy dowiedziała się o nadejściu frontu. Jako dziecko bezpośrednio nie zdawała sobie sprawy z zaistniałej sytuacji. W tamtych czasach nie było dostępu do radia czy telewizji, a nawet gazet. Pani Maria jedyne informacje czerpała z własnych obserwacji. Pewnego dnia zauważyła samoloty bombardujące Przemyśl. P. Buś powiedziała nam, że Niemcy nie zabraniali im nauki w języku polskim, ale jednocześnie szkoła stale znajdowała się pod ich kontrolą. Świadectwa szkolne były wydawane zarówno w języku polskim i niemieckim.

Pani Maria Buś opowiadała, że nie mieszkała daleko od szkoły, dlatego też nie miała problemu, aby do niej dotrzeć, jednak niektórzy z uwagi na panująca biedę nie posiadali nawet butów i ciężko było im się dostać do szkoły. Szczególnie trudne warunki panowały w zimie trudno było się, gdzie kolwiek dostać . Ludzie byli zmuszani przez Niemców do odśnieżania lokalnych dróg, by umożliwić przejazd. Również ludzie przez cały rok musieli oddawać część swojej żywności na potrzeby stacjonującego na tutejszych ziemiach wojska niemieckiego. Jeśli ktoś nie oddał przeznaczonej części została ona mu odebrana. W miejscowości panowała bieda ludzie nie mieli, co jeść. Ludzie przygotowywali proste potrawy takie, jak potocznie nazywana faramuszka. Była to składająca się z wody grubo zmielonymi ziaren pszenicy z dodatkiem słodkiego mleka - typ owsianki.

alt

Pani Maria przytoczyła nam losy mieszkających w naszej miejscowości Żydów. Według opowieści p. Mari w Reczpolu mieszkały dwie rodziny Żydów. Jedna z nich prowadziła mały sklep jednak krótko przed wojną opuścili swoje domy i wyjechali. Losy drugiej rodziny nie są nam dobrze znane. Dla Pani Buś najgorszym przeżyciem z czasu wojny było przymusowe wcielenie jej starszego brata do armii niemieckiej, który wraz z końmi i wozem wyruszył aż w głąb Rosji, ale szczęśliwie po wojnie wrócił do domu. Tak Pani Maria Buś zapamiętała lata II wojny światowej.

Wspomniała również o bandach, były to grupy składające się od kilku do kilkunastu osób zamieszkiwali pobliskie lasy nocą wkradali się do domów grabili zmuszali ludzi, by gotowali im jedzenie. Mieszkańcy żyli w ciągłym strachu o swoje życie organizowali patrole, które pilnowali domostw Pani Maria opowiadając o tym stwierdziła, że w czasie II wojny na terenie Reczpola było spokojniej niż po niej.

Kończąc nasze spotkanie podziękowaliśmy Pani Mari za rozmowę i poczęstunek życząc jej dużo zdrowia.

alt

W spotkaniu z Panią Marią Buś uczestniczyli: Natalia Leszczuch, Karolina Zabawska , Mateusz Fednar, Arkadiusz Wanat.

 

Z wizytą u p. Weroniki Wolskiej i p. Marii Piotrowskiej z Średniej

Niechaj Pan Bóg broni, by się to teraz nawróciło

W związku z realizacją projektu „Zwykli niezwykli – ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym” udaliśmy się do pani Weroniki Wolskiej – mieszkanki Średniej, która w roku 1939 miała 8 lat. Tutaj również żyje jej córka pani Maria Piotrowska, która chociaż nie była bezpośrednią uczestniczką tych wydarzeń, ale zachowała w pamięci opowieści swojej babci o wojnie.

W historii wszelkich wojen najbardziej cierpiała ludność cywilna. Bezbronna i pod okupacją, musiała sobie poradzić nie tylko z trudami dnia codziennego ale i walką o przetrwanie. Niepewność o jutro, głód i pozorny czas wyzwolenia odcisnęły wielkie piętno w pamięci mieszkańców tych terenów.

Nasza bohaterka opowiedziała, że przed wojną chodziła do drugiej klasy szkoły podstawowej w Krzywczy. Gdy ludzie dowiedzieli się, że nadeszła wojna, starali się ukryć przed nadciągającym wojskiem. Na zachód od wsi w miejscu nazywanym „Skrajnią” jej dziadek wykopał dół, w którym chowali się przed atakiem lotniczym z rodzeństwem. Obserwowała przemarsze obcych wojsk, widziała m. in. czołgi, transportery i wyrzutnie rakiet – katiusze. Gdy przejeżdżały obok domostw, bardzo się bała i czuła jak ziemia drżała. Powiedziała, że pewnego razu, gdy pasła krowę, coś zaczęło w pobliskim lesie wydawać dziwny głos niby stukot, dzisiaj to odczytuje jako wezwanie do zejścia z drogi przejazdu armii. Znieruchomiała, lecz jej matka szybko przybiegła do niej i kazała jej schronić się do domu. To był jej pierwszy kontakt z wrogiem.

Zapytana: „Jak zachowywał się okupant w stosunku do ludności cywilnej?” odpowiedziała, że Niemcy zabierali pożywienie i rzeczy niezbędne do życia. W czasie, gdy posiadali krowy, odebrano im je, pozostawiając jedną. Jednak musieli dostarczać odpowiednią ilość mleka, bo w innym razie i ta zostanie wzięta. Nawet doszło do sytuacji, że żołnierze zapisywali liczbę kur, by wiedzieć ile powinni zabrać jaj. Wystąpiły też przypadki kradzieży ze strony niewojskowych. Rzekła, że pewnego razu w nocy trzech bandytów zapukało do drzwi podając się za sąsiada. Jej matka z lampą naftową otworzyła drzwi, a oni wkroczyli do środka zabierając ostatnią porcję żywności. Do Niemiec zabierano wiele młodych osób, które pracowały niewolniczo w tamtejszych fabrykach lub gospodarstwach.

Największym i zarazem najgorszym wspomnieniem pani Weroniki jest głód. Jedzenie, które można było kupić w sklepie było na kartki. Najpierw trzeba było zarobić wyrabiając kosze i sprzedawając je w okolicach Pruchnika, gdzie znajdowały się żyźniejsze ziemie. Mąkę na chleb otrzymywano poprzez zmielenie na młynku nielicznego ziarna. Żywiła się szabagą – pospolity chwast o oficjalnej nazwie komosa biała. Pokrzywy nie jadła, ponieważ ludzie od niej puchli, raz nawet próbowała mlecze, jednak były zbyt gorzkie. Pani Weronika kilka razy powtarzała: „Niechaj Pan Bóg broni, by się to teraz nawróciło”. Zaznacza, że żyjemy w czasach dostatku i nie wolno dopuścić do kolejnej wojny.

alt

 

NazwaGraj Długość
wywiad_1

12:27 min
e

 

Po tym wywiadzie posłuchaliśmy krótkich opowiadań pani Marii, która jak sama podkreśliła, była ciekawa historii wojny.

Gdy wybuchła wojna jej babcia miała ok. 30 lat. W szkole w Krzywczy nauczycielka kazała nie przychodzić do szkoły dzieciom. Okazało się to słuszne, ponieważ Niemcy przyszli do budynku i chcieli zabrać dzieci do obozu koncentracyjnego. Pewnego razu gdy do ich domu przyszli nieznajomi, kazali jej położyć się na ziemi i nie ruszać, a na jej plecach położyli kamień, mówiąc, że to granat. Ojciec pani Marii, który był wtedy mały, schował się pod łóżko czekając, aż wszystko ucichnie. Po zrabowaniu tego co zdołali unieść i oddaleniu się, chłopiec wrócił do mamy i zdjął kamień. Opowiedziała również o księdzu Stanisławie Lorencu, który spowiadał rannych i udzielał sakramentu namaszczenia. Znane są również wspomnienia o głodzie. Niemcy zabierali wiele, ale po wkroczeniu Rosjan to kradziono nawet to co zostało. Sowieci potrafili gdy byli głodni odebrać ostatnią kromkę chleba dziecku. Nikt nie czynił większych szkód niż oni.

Te wystąpienia ukazują jak zwykli mieszkańcy żyli w czasie okupacji i po niej. Cierpienia jakie doznali zostały bardzo dobrze zapamiętane ze względu na to co przeżyli. Nie zapomnijmy o tym.

alt

NazwaGraj Długość
wywiad_2

3:29 min
e

Relacje spisali: Sabina Leszczak, Anna Tomaszewska oraz Patryk Leszczak przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej w Średni – pani Elżbiety Wojdyło

 

Wspomnienia paniTeresy Pilch z Babic dotyczące udziału jej dziadka- p. Tomasza Hnata w I i II wojnie światowej

Moja babcia Teresa Pilch, mimo iż sama nie przeżyła II wojny światowej, to doskonale pamięta niektóre i formacje uzyskane od swojego dziadka Tomasza Hnat, który urodził 20. 12. 1913r. Mój pra pra dziadek przeżył więc zarówno I jak II wojnę światową. Z opowieści mojej babci wynika, iż Tomasz Hnat przeszedł szlak bojowy, od Lenina aż po Berlin. Jako młody mężczyzna został podczas II wojny światowej powołany do służby za Ojczyznę. Zostawił w swojej miejscowości rodzinę, która wówczas musiała radzić sobie sama. Do domu powrócił w 1944 roku ze zraniona nogą, w której już nigdy do końca nie odzyskał sprawności. Tomasz Hnat zmarł 10.09.1987 r. Czyli wiele lat po wojnie.

Relacje spisała Arleta Łysik- wnuczka Teresy Pilch a praprawnuczka Tomasza Hnat

 

Wspomnienie p. Bronisławy Lignowskiej

alt

W styczniu odwiedziłyśmy panią Bronisławę Lignowską urodzoną w 1933 roku. Opowiedziała nam o swoich przeżyciach w czasie wojny. W wieku 10-12 lat kąpała się ze znajomymi i z dwoma swoimi braćmi w rzece, gdy nagle na niebie pojawiły się niemieckie samoloty, wtedy musieli uciekać, chować się do piwnicy. Niekiedy przy obiedzie wpadali do domu Niemcy i zabierali np. mleko, masło, bydło, po prostu środki potrzebne do życia. To było okropne, gdy opowiadała miała łzy w oczach. Banderowcy ukraińscy palili wioski. Było ich w domu pięcioro: matka Anna, ojciec Stefan i bracia Piotr, Nofre i pani Bronisława. Ojciec był rolnikiem pracowali na 15 ha gospodarstwie rolnym, różnymi narzędziami tj. kosa, sierp lub motykami. W polu pracowało się końmi. Plony, które zebrali z pola trzeba było oddać Niemcom. Wstawało się bardzo wcześnie i szło się w pole pracować, paść bydło. Spać szło się bardzo późno. To było straszne przeżycie i nie życzy nikomu takiego dzieciństwa.

alt
 

Informacje spisały Adrianna Perduta i Kamila Opaluch.

 

Medal Ojca

altW styczniu 2015 roku udaliśmy się do jednej z mieszkanek Babic, p. Heleny Sikorskiej, która przekazała nam swoje wspomnienia z okresu II wojny światowej.

Pani Helena urodziła się w 1934 roku, więc w momencie wybuchu wojny miała niespełna 5 lat. Jako mała dziewczynka zapamiętała, iż tato p. Franciszek Pękalski dostał wezwanie do wstawienia się do służby wojskowej. Wówczas wszelkie informacje dotyczące kto i gdzie ma się wstawić otrzymywał Sołtys wsi i to on informował mieszkańców o ewentualnym wezwaniu do wojska. Jako jedynaczka pani Helena Sikorska, wówczas Helena Pękalska mieszkająca na pobliskich Krążkach przynależnych do wsi Bachów, pozostała w domu jedynie ze swoją mamą. Obie starały się, jak mogły, aby przetrwać ten trudny czas. Ojciec pani Heleny po zakończeniu wojny cały i zdrowy powrócił do domu rodzinnego i żył jeszcze długi okres. Za swoje zasługi otrzymał medal, na którym widniej napis: „1939- Za udział w wojnie obronnej Ojczyzny”.

alt

Relacjonowali: Arleta Łysik, Szymon Bandyk, Zuzanna Sosa, Magdalena Sosa, Andżelika Buś przy pomocy pracownika Świetlicy Wiejskiej w Babicach – p. Marzeny Seńczyszyn

 

Nie można stracić wszystkiego

 

alt

W ramach projektu „Zwykli niezwykli” odwiedziliśmy panią Helenę Dudek, mieszkankę Bachowa.

Oto czego dowiedzieliśmy się podczas wizyty. Pani Helena urodziła się na Syberii, gdzie zostali wywiezieni jej rodzice oraz rodzeństwo. Gdy pani Helena miała czternaście miesięcy jej ojciec został zabrany do wojska. Pan Władysław służył jako Kościuszkowiec, przemierzył szlak od Lenina do Berlina. Matka pani Heleny została sama na Syberii opiekując się trojką dzieci. Pracowała w lesie, przycinając gałęzie drzew. Mieszkali w niewielkiej lepiance. Podczas zimna owijali sobie stopy skrawkami materiału, aby nie marznąć, ponieważ o czymś takim jak buty mogli tylko pomarzyć. Po sześciu latach spędzonych na rosyjskich ziemiach rodzina Wysoczańskich wróciła do Polski. Niestety, po ich powrocie tam, gdzie kiedyś znajdował się ich dom znaleźli tylko chwasty. Zamieszkali więc w Babicach, aby po jakimś czasie móc powrócić na rodzinne ziemie. Mimo tego, że pani Helena była dzieckiem podczas trwania drugiej wojny światowej mogła nam opowiedzieć, co nieco ze wspomnień, które przekazali jej rodzice. Ludzie żyli wtedy w spartańskich warunkach. Każda wojna niesie ze sobą cierpienie i śmierć, ale jakpowiedział Andrzej Sapkowski „Zawsze. Nawet w czasach pogardy, w których nienawiść potrafi zemścić się w najokrutniejszy sposób, nie można stracić wszystkiego”.

alt

 

Informację opracowała Edyta Stadnik wraz z pracownikiem Świetlicy w Bachowie – panią Wandą Pawłowską

 

Czas leci do przodu...

altW dniu 10 lutego nasza grupa odwiedziła Franciszka Szuban mieszkańca Kupnej.

Rozmowa okazała się trudna,  pan Franciszek ze łzami w oczach opowiedział nam swoje ciężkie i smutne losy związane z II Wojną Światową.

Dokładnie 75 lat temu, a więc 10 lutego 1940 roku na tutejsze ziemie wkroczyły wojska rosyjskie i rozpoczęły wysiedlenie całej wsi Kupna. Zabierano wszystkich bez wyjątku: malutkie dzieci, kobiety, mężczyzn, starszych ludzi bez jakiegokolwiek wyjątku. Cały majątek pozostawał na miejscu, ze sobą nie można było nic wziąć. 12-latek wraz z siostrą, bratem i rodzicami zostali wywiezieni pociągiem na Sybir i przymuszeni do ciężkiej pracy w lesie. Franciszek był za młody, aby pracować i zarobić na jedzenie. Ludzie pracujący dostawali 80 dkg chleba,  zaś osoby nie pracujące, czyli ludzie starzy i dzieci, m.in. pan Franciszek i jego siostrzyczka  dostawali zaledwie 40 dkg chleba (była to tzw. stawka dzienna).  Codziennie do baraków Rosjanie przywozili gorącą wodę w beczce do picia, a o ciepłej wodzie do umycia się można było sobie pomarzyć, ludzie roztapiali śnieg i myli się. Wszyscy mieszkali w barakach. W jednym takim baraku często było nawet po 9 rodzin. Sama praca rozpoczynała się o godzinie 8:00. Ludzie pracujący zostali wywiezieni do lasu, gdzie musieli wypracować normę. Ojciec pana Franciszka ścinał drzewo za pomocą piły ręcznej lub siekiery, matka odśnieżała drogę, którą brat pana Franciszka wyciągał drzewo ciągnikiem.

W 1942 roku został podpisany kontrakt ze Stalinem, który pozwalał wypuścić ludzi na wolność, ale nie mogli oni opuścić granic Rosji. Cała rodzina trafiła na Kaukaz, gdzie przebywali 4 i pół roku. Tym razem pracowali na gospodarstwie, praca ta okazała się być lżejsza. Ludziom nie raz udawało się ukraść nie duże ilości jedzenia z upraw. Od każdego gospodarstwa był oddawany tzw. Kontygin [Kontyngent], czyli odpowiednie ilości plonów. W razie sprzeciwu i nie oddania plonów gospodarz był zamykany w areszcie.

Po zakończonej wojnie pan Franciszek powrócił do wsi w czerwcu 1947 roku. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że wszyscy sąsiedzi przeżyli i powrócili do domu. Dom należący do rodziny Szubanów nie został zniszczony i mogli się oni do niego wprowadzić z powrotem. Po tak trudnych przeżyciach wszyscy zaczęli powoli „stawać na nogach” oraz planować przyszłość. Pan Franciszek właśnie w tej miejscowości poznał swoją pierwszą miłość, która stała się jego żoną i jest nią do tej pory. Za niedługo stał się ojcem 4 dzieci.

Obecnie nasz bohater ma 88 lat i  za miesiąc 10 marca obchodził będzie 89 urodziny, jest szczęśliwym dziadkiem 13  wnuków. Jak to ujął mieszkaniec naszej wsi: ,, czas leci do przodu, my dorastamy i starzejemy się, ale tak okrutne wspomnienia z dzieciństwa pozostają”. Powrót do tamtych czasów wywołał wzruszenie nie tylko u pana Franciszka , ale również i  słuchaczy.

alt

W spotkaniu z panem Franciszkiem Szuban z Kupnej  uczestniczyły Kamila Opaluch i Adrianna Perduta.

 

W dniu 30 stycznia 2015 roku młodzież z Ruszelczyc odwiedziła

panią Helenę Linda

 

altPani Helena [na zdjęciu obok] z wielkim trudem i smutkiem opowiedziała nam swoja historię związana z II wojną światową. Mimo, iż miała wtedy zaledwie 7 lat, to pamięta bardzo dużo faktów, które utkwiły jej w pamięci na całe życie. Ciężko było jej opowiadać o tych wydarzeniach, łzy wzięły górę, jednak podołała temu.

Pani Linda pochodzi z Bachowa, to jej rodzinna miejscowość, tam właśnie mieszkała w czasie wojny. Ojciec przebywał wtedy na Łotwie pracując przy wycinkach drzew. Pani Helena została sama z 33-letnią matką i czwórką rodzeństwa. Podróżowali z Bachowa do Białych Niedźwiedzi na Syberii. Opowiadając nam swoją historię, Pani Helena zdradza, że w czasie wojny na szczęście nie straciła nikogo ze swoich bliskich. Mówi, że to, co najbardziej wpłynęło na jej psychikę, to początki rozpoczynającej się wojny poprzez bombardowanie z nadlatujących nad głowami samolotów.

Swoją tułaczkę wraz z rodziną Pani Linda przeżyła w okropnych i niegodnych warunkach. Doznali głodu, brudu oraz ogromnego ubóstwa, nędzy i rozpaczy. Sięgając dalej w pamięć, Pani Helena wspomina o trzech obozach żydowskich, w których przebywający Żydzi i nie tylko, byli brutalnie mordowani i okaleczani poprzez wycinanie im języków przez rosyjskich bombardowców [Raczej banderowcy]. Ruscy żołnierze wysiedlali ludzi, głównie na Zachód.

Pani Linda mówi, że gospodarstwa w czasie wojny były bardzo kiepskie, zaledwie pół hektara pola posiadano pod uprawę. Na pytanie czy chodziła do kościoła Pani Helena, odpowiada, że do kościoła mieli 12 km, dlatego też nie często chodzili, może z dwa razy zaledwie była.

Kończąc już naszą rozmowę z 83 letnia Panią Heleną, zdradza nam, że ta rozmowa była dla Niej niezwykle trudna i wracając do tych wspomnień z czasów wojny, wszystko wróciło jakby na nowo, każdy obraz z tamtych lat miała przed oczami. Był to dla niej ciężki okres życia. Jednak zebrała się na odwagę i mimo emocji opowiedziała nam tę historię, za co Jej bardzo dziękujemy i życzymy Wszystkiego dobrego!

Rozmowę przeprowadziły: Dominika Brzozowska, Julia Długosz, Ewelina Pękalska wraz z opiekunem Bożeną Banaś.

alt

alt

 

Wspomnienia pani Janiny Iwasieczko z Krzywczy.

Dnia 29 stycznia 2015 roku złożyliśmy wizytę p. Janinie Iwasieczko, która urodziła się w miejscowości Gary na Syberii na terenie ówczesnego ZSRR. Sama pani Janina niewiele pamięta z tamtego okresu, gdyż przyszła na świat pod koniec II wojny światowej w 1944 roku. Tymi wspomnieniami p. Iwasieczko mogła się z nami podzielić dzięki swojej mamie, która przeżyła wywózkę na Sybir. Jak wiemy wojna rozpoczęła się w 1939 roku. Znana nam rzeka San stała się wówczas granicą dla dwóch wrogów. Po jednej stronie rzeki stacjonowały oddziały radzieckie, zaś po przeciwnej wojska  Rzeszy Niemieckiej. Rodzina p. Janiny mieszkała w miejscowości Bachów.

alt

Był rok 1940. Pewnego lutowego dnia do ich domu przybyła Księżna Sapiecha wraz ze swoim wnuczkiem. Prosiła o chwilowe schronienie oraz pomoc w przedostaniu się przez zamarznięty wówczas San. Mama p. Janiny- Maria [Pawłowska] doskonale wiedziała, co zrobić. Owinęła księżnę i jej wnuczka w białe prześcieradła, aby nie wyróżniali się na tle białego śniegu. Szczęśliwie przeprowadziła ich na drugą stronę Sanu, a sama niczego się nie spodziewając wróciła do domu. Kilka dni później w jej drzwiach stanęli żołnierze radzieccy. Wszystko było już wiadome, wywózka na Syberię była nieunikniona. Rodzina spakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czyli żywność i koce. Zostali przewiezieni na dworzec kolejowy w Przemyślu, skąd w tzw. wagonach bydlęcych wyruszyli  w nieznane tereny ZSRR. Podróż trwała 2 miesiące. Warunki, w jakich jechali były nieludzkie, przez co wielu słabszym fizycznie osobom nie udało się dotrzeć do celu. Głód, mróz, ciasnota, choroby panowały przez całą podróż. Wywózka do Związku Radzieckiego miała stanowić niekończącą się walkę o przetrwanie. Po przybyciu na miejsce żołnierze przydzielali nowe „mieszkania”. W jednym takim „mieszkaniu” przebywało kilka rodzin. Warunki panujące na Syberii były dla wszystkim dużym zaskoczeniem. Temperatura sięgała nawet -50°C. Chwilami nie było, co jeść, najczęstszym pożywieniem była kasza jęczmienna. Nieważna była płeć, liczyła się sprawność fizyczna, aby podjąć pracę. Pani Maria mając wówczas zaledwie 18 lat, pracowała w lesie przy wycince drzew. To dowodzi, że o wielkim okrucieństwie okupanta, dla którego los Polaków był obojętny. Liczyła się tylko dobra praca na rzecz Związku Radzieckiego. Pech chciał, że ciocia p. Iwasieczko urodziła tam dziecko, które niestety nie przeżyło morderczego zimna. Ojciec p. Janiny został wcielony do Armii Andersa. W sierpniu 1944 roku walczył w Powstaniu Warszawskim, gdzie zginął [Według mojego wywiadu z p. Marią Pawłowską ojciec p. Janiny Iwasieczko został wcielony do I Armii Wojska Polskiego i zginął w styczniu 1944 r. podczas walk o Warszawę]. Pani Maria została sama z małym dzieckiem. Cierpienie Polaków na Syberii trwało 6 lat. Po zakończeniu wojny p. Janina wraz z matką wróciła w rodzinne strony, gdzie zaczęła nowe życie. Pani Maria często zastanawiała się, czy księżna Sapieha wraz z wnuczkiem przeżyła wojnę. W 2013 roku uwagę p. Janiny przykuł nagłówek artykułu w lokalnej prasie dotyczący rodu Sapiehów. Z zaciekawieniem kupiła gazetę. Okazało się, że wnuczek księżnej mieszka niedaleko Krasiczyna lecz w tej chwili przebywa w Belgii. Po powrocie skontaktował się z panią Marią i wyraził chęć spotkania się z nią. Nie zapomniał wielkiej pomocy jaką otrzymał i chciał za nią podziękować. Jednak do takiego spotkania nie doszło, ponieważ pani Maria zmarła w marcu 2013 roku, a on kilka miesięcy później. Kobieta do końca życia nie zapomniała o tragicznych wydarzeniach z czasów wojny, które odcisnęły na niej wielkie piętno.

Pani Janina przekazując nam wzruszającą historię swojej rodziny miała łzy w oczach. Podkreślała, iż powinniśmy przekazywać wspomnienia następnym pokoleniom.

W spotkaniu z panią Janiną Iwasieczko uczestniczyli: Gabriela Dec, Joanna Wanat, Sebastian Maciewicz

 

Wspomnienie p. Jana Staszkiewicza - Babice

Jako uczestnicy projektu „Zwykli niezwykli- ku chwale krzywieckim bohaterom wojennym” spotykamy się z osobami starszymi w miejscowości Babice aby usłyszeć jak najwięcej informacji o losach  naszych przodków podczas II wojny światowej. Jedną z osób którą gościliśmy w Bibliotece Publicznej w Babicach był pan Jan Staszkiewicz, jeden z najstarszych mieszkańców naszej miejscowości, który doskonale pamięta czasy wojenne. Jako 12-letni chłopiec pan Jan pamięta moment gdy w radiu, jedynym wówczas w Babicach usłyszał, iż wybuchła II wojna światowa. W tym okresie był ministrantem w pobliskim kościele którego proboszczem był Wojciech Prugar- stryj ówczesnego Bronisława Prugara Ketlinga, późniejszego Generała, który uczestniczył w walkach prowadzonych na naszych terenach. Z opowiadań naszego seniora wynik, iż będąc właśnie w kościele był świadkiem przybycia żołnierzy, którzy przybyli z informacją, iż wojska niemieckie znajdują się już w Dubiecku. Wówczas mieszkańcy pomagali w tworzeniu tzw. drewnianej zapory usytuowanej na drodze głównej, nad Babickim tunelem. Mieszkańcy wystraszeni, iż dojdzie u nas do walk, starali się pomóc żołnierzom, jak umieli. Stryj gen. Prugara Ketlinga miał znaczący wpływ na to, iż walki nie toczyły się w Babicach tylko przeniosły się na Krzywieckie wzgórze. Poprosił on swojego bratanka, aby jeżeli to możliwe ominęli naszą miejscowość i przenieśli walki na inne tereny. I tak też się stało. Okupanci przybywszy do Babic bardzo szybko udali się do pobliskiej Krzywczy gdzie stoczono bitwę. Z opowiadania pana Jana wynika, iż pociski wystrzelone ze wzgórza krzywieckiego dotarły, aż do samych Babic. Jednakże nie spowodowały one szkód w ludziach.

Okres II wojny światowej to okres strachu, biedy i bólu dla wszystkich. Tak też zapamiętał to pan Jan Staszkiewicz. Mimo iż był młodym chłopcem to miał świadomość tego, co się wówczas działo wokół niego. Z relacji z panem Janem dowiedzieliśmy się, iż ludzie ukrywali się w piwnicach, a na terenie naszej miejscowości mieszkało wówczas mnóstwo ludzi pochodzenia żydowskiego. Po wybuchu wojny musieli się ukrywać. Niejednokrotnie pomagali im w tym nasi mieszkańcy.

Dodatkową informacją, którą uzyskaliśmy w rozmowie z panem Janem był fakt, iż w omawianym okresie na terenie obecnej szkoły urządzono tzw. szpital dla rannych. Jeżeli chodzi o naukę to odbywała się ona potajemnie, u kogoś w domu.

Rozmawiając z panam Staszkiewiczem mieliśmy wrażenie, iż dla niego wspomnienia są tak realne jakby miały miejsce wczoraj. Opowiadał nam wszystko z wielkim entuzjazmem, a my słuchaliśmy z zapartym tchem. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, iż historia II wojny światowej to także historia naszego regionu, która należy ocalić od zapomnienia i przekazywać następnym pokoleniom.

W spotkaniu z panem Janem Staszkiewiczem uczestniczyli: Szymon Bandyk, Andżelika Buś, Arleta Łysik, Magdalena Sosa, Zuzanna Sosa.

Wspomnienie p. Józefy Wanat z Woli Krzywieckiej

„Człowiek jest słaby, jak mucha, ale przeżyje dużo… ‘’

Dziś, 31 stycznia 2015 r. odwiedziliśmy panią Józefę Wanat [Na zdjęciu poniżej wraz z autorkami wywiadu] mieszkankę Woli Krzywieckiej urodzoną w 1923 r. Gdy wojna nadeszła na tereny naszej małej ojczyzny nasza bohaterka miała 16 lat; była więc młodą dziewczyną, która nie spodziewała się że najbliższe lata jej młodości będą naznaczone cierpieniem i niepewnością dnia jutrzejszego. Historia, którą nam odpowiedziała zaczyna się od wspomnienia bitwy krzywieckiej (13 września 1939r.). W pamięci pozostały krzyki rannych, którzy w stanie agonalnym dogorywali na krzywieckim wzgórzu oraz strzały i wybuchy. 

alt

Losy rówieśników okresu wojny można podzielić na osoby czynnie biorące udział w walkach, czyli przede wszystkim mężczyźni brani siłą do armii oraz kobiety, dzieci, osoby starsze- pozostawione często bez opieki pana domu. Życie pani Józefy pozornie więc się nie zmieniło, codziennie wstawała rano, ażeby pomóc rodzicom w codziennych obowiązkach.  Wspomina wszechobecny głód i nędzę jaka towarzyszyła mieszkańcom Woli Krzywieckiej.  Przedwojenny lokalny sklep został zamknięty; brakowało podstawowych artykułów takich jak sól, mydło, cukier.  Ludzie rozpoczęli dramatyczną walkę o przetrwanie, dla wielu z nich niestety przegraną. Pani Józefa opowiadała, jak to niemieccy żołnierze zarekwirowali żarna w całej okolicy, aby zapobiec mieleniu ziarna i jeszcze bardziej spotęgować głód. Zapanowało bezprawie i anarchia wywołane przez Niemców, którzy nachodzili domostwa o każdej porze dnia i nocy. W następnym latach, gdy szala zwycięstwa przechyliła się na stronę Rosjan grabieży na terenie Woli Krzywieckiej zaczęli dokonywać banderowcy, o narodowości ukraińskiej. Ciekawostką jest fakt, że żądali oni w okresie zimowym od mieszkańców białych prześcieradeł, aby byli niewidoczni na ośnieżonych polanach. Sam okres zimowy był katorżniczy, mrozy były siarczyste, a mieszkańcy byli zobowiązani do przymusowego odśnieżania pól, w celu stworzenia tuneli śnieżnych dla przechodzących żołnierzy. W razie niedopełnienia obowiązków kara była jedna.. Śmierć. Biedni chłopi musieli zdawać kontyngenty do Krzywczy, w których miało znaleźć się zboże, mleko, a nierzadko bydło czy konie.

Nasza bohaterka porusza również kwestię Żydów mieszkających w naszej miejscowości. Osiedliło się tu 5 rodzin żydowskich, którzy żyli w przyjaźni i szacunku z pozostałymi mieszkańcami. Zresztą ludność krzywiecka była bardzo zróżnicowana, obok siebie mieszkali Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Niestety wojna zniszczyła tę iddyliczną sielankę; część Żydów przeniesiono do getta w Przemyślu, a pozostałych rozstrzelano w pobliskim lesie. Ocalałe trzy młode dziewczyny, które przez kilka następnych dni skrywały się w lesie, a nocami pukały do domostw po kawałek chleba. Po kilku dniach i o nich słuch zaginął. Pani Józefa wspomina też, że brała udział w pogrzebie 46 poległych na wojnie mieszkańców Woli Krzywieckiej. Polaków i Ukraińców pochowano we wspólnej mogile na miejscowym cmentarzu . Wskazuje nam też wiele dolin, potoków i skrajów lasów gdzie znajdują się szczątki niepochowanych ofiar wojny. W jednym z tych miejsc do niedawna rosły róże, posadzone przez matkę, która straciła syna przez okrucieństwo walk pomiędzy naszymi wcześniejszymi zaborcami.

Na Woli Krzywieckiej mieszkał również szewc, który robił na zamówienie buty tzw drewniaki. Pani Józefa tłumaczy nam, że w razie ulewy buty ściągano, aby się nie zniszczyły i wystarczyły na długi okres. W tamtych czasach ludzie posiadali ogromny szacunek do wszystkich i wszystkiego. Pomimo cierpienia i ubóstwa byli sobie życzliwi. Niestety niektórzy Polacy przeszli na stronę wroga i wydawali najbliższych znajomych i sąsiadów. Najważniejszą rzeczą była samowystarczalność, człowiek mógł liczyć tylko na siebie i mieć oczy dookoła głowy. Język polski był zabroniony, a jego używanie surowo karane. 

Pani Józefa Wanat reasumując okres II wojny światowej na terenach bliskich nam współcześnie twierdzi, że okres powojenny był jeszcze bardziej dramatyczny i przepełniony trwogą.  „Człowiek jest słaby, jak mucha, ale przeżyje dużo… ‘’

Pierwsze odczuwalne zmiany wiążące się z zakończeniem wojny mieszkańcy Woli Krzywieckiej odczuli w 1946 r. Ludzie z niedowierzaniem słuchali o wiadomościach płynących ze świata, że teraz nadejdzie ład i porządek. Polska stała się znów wolna, ale życie zwykłych ludzi wcale nie zmieniło się na lepsze….

 

Informacje spisały: Agnieszka Gurba oraz Aleksandra Kuźbida

Zapraszamy na blog  - http://krzywcza.blogspot.com/

Facebook Google Twitter Myspace Yahoo Blogger Digg Live Reddit Linkedin Icio Furl Techno Poleć na Gadu-Gadu Wykop Śledzik 7821217